Czy to już czas podsumować zimę?

Jestem przyzwyczajona do leniwych zim, w końcu wiele lat prowadziłam firmę ogrodniczą. Najintensywniejsza praca odbywała się (ja ją odbywałam!) w kwietniu i maju, no ale styczeń i luty to było obijanie się – teoretycznie. 

Mimo tego, że nie było żadnych konkretnych zadań do wykonania, to cały czas towarzyszyło mi napięcie, że przecież muszę coś zrobić. Pamiętam jedną totalnie zmarnowaną zimę z tego powodu, że zobowiązałam się zaprojektować mały ogródeczek i myślałam o nim każdego dnia. Każdego wieczoru postanawiałam, że od jutrzejszego poranka zacznę go projektować, ale tak naprawdę wszystkie dni były tak samo niepostępowe. Co roku wynajdowałam tego rodzaju udrękę – pracę, której nie byłam w stanie wykonać, nie miałam pojęcia z jakiego powodu. Później, kiedy tulipany wychodziły spod przekompostowanej kory, dzwonili pierwsi klienci i w sposób całkowicie naturalny wpadałam w szalony wir wydarzeń. 

Może pytanie brzmi – po co chciałam koniecznie marnować te cenne zimowe wypoczynki na rzecz drobnych udręk? Czy to była realizacja jakiegoś większego projektu mojej duszy, czy tylko odbicie podświadomości?

Dziś już wiem o co chodziło – noszę w sobie męczennicę. Po prostu nie może być za dobrze, należy się zadręczać. Wybrać z maszyny losującej randomowy, jak najmniejszy problemik i rozdmuchać go do ogromnego tematu, który podlewany codziennie wyrzutami sumienia, lenistwem, udrękami, urośnie do wiodącego tematu zimy. 

W tym roku, mimo że wydaję się sobie już mądrzejsza i bardziej świadoma, zrobiłam dokładnie to samo. Myślałam, że pójdzie mi lepiej. Miałam odpoczywać i pięknie i spokojnie czekać na sezon barana, kiedy to kosmos wleje we mnie pierwotną energię i ogień do działania. Miała to być zima stojąca pod znakiem regeneracji sił i magicznego wypoczynku. Gwiazdy sprzyjały takiemu podejściu, ale moja męczennica była silniejsza niż gwiazdy.

Być może zostało przez was zauważone, że przez ostatnie miesiące na 2reality niezbyt wiele się działo. Wydawało mi się (nadal wydaje?), że nie mam wam niczego ciekawego do powiedzenia i nic do zaoferowania. Rzeczy, które miałam w głowie wydawały mi się albo zbyt banalne – myślałam, że to dla was oczywiste jak dla mnie, więc nie warto o tym mówić, albo zbyt skomplikowane – wtedy myślałam, że po co mam wam mącić w głowie jakimiś kołowrotkami domysłów i propozycji. Nic, co tworzyłam nie było w sam raz, to znaczy nie nadawało się do powiedzenia, napisania i opublikowania. 

Przez te trzy miesiące myślałam, że odpoczywam, ale dopiero dziś, gdy zapaliłam świecę z intencją oczyszczenia stosunków z 2r uświadomiłam sobie, że znów zepsułam odpoczynek udrękami, które nie były tego warte. Teraz się zastanawiam, czy lepiej zepsuć pracę, czy odpoczynek? Bo chyba cały odpoczynek poszedł na marne, a z pracy by może została jakaś korzyść?

Widzę, że ten tekst przybiera formę spowiedzi. Przyznania się do zimowej porażki. Być może nie jest to dla was tekst warty przeczytania, ale dla mnie może stanowić przełom – pewien most między zmarnowaną zimą, a być może bardziej wartościową wiosną. 

Cieszę się, że zaczynamy rok merkurego, bo to dobra wróżba dla mojej twórczości. Czy merkury łaskawie wyśle mi energię do rozwijania umiejętności pisarskich? Czy może tylko wskaże kolejne problemy do rozwiązywania????

czas przełomu

Ostatnie kilkanaście dni tego roku muszę koniecznie wykorzystać na podsumowanie tego, co mi wyszło i co nie wyszło. Nie mogę przecież – i wy też nie możecie – kręcić się ciągle w kółko. Dlatego priorytetem dla mnie będzie określenie rzeczy, do których nie chcę już wracać w nowym roku. 

Myślę też o tym, że może w ostatnich latach popełniałam błąd i zamiast oczyszczać wszelkie blokujące energie stojące mi na drodze do udanej pracy, powinnam oczyszczać możliwość uczciwego odpoczynku? Może to właśnie przed odpoczynek prowadzi droga do sensownego działania? I może – skoro nie umiem ani pracować, ani odpoczywać, to jednak w kolejnym roku powinnam wyjątkowo skupić się na umożliwianiu sobie swobodnej regeneracji i zabawy? Czy to jakaś nowa pułapka?? Odpowiedzi poznamy w roku merkurego!

Wera

Wera

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  1. O rany ale potrzebny tekst. Bo wiesz – ja mam podobnie. Tzn efekt jest podobny – bo przyczyny nie znam – dopiero mi uświadomiłaś że to problem. Wzięłam się za temat przez ziemię po to chyba żeby się dręczyć i nie chcieć go zrobić. I go nie zrobiłam plus mam wyrzuty sumienia że zamiast odpoczywać w tle miałam te wyrzuty.

    Z tym oferowaniem tematów przez Ciebie to sama nie wiem. Raczej widzę że się nie odzywasz ale jak się odezwiesz to zbieram szczękę z podłogi. Wciąż mamy zimę właściwie. Więc jak dla mnie to ta spowiedź jest pięknym zwieńczeniem tej zimy.

    I zupełnie odwrotne pytanie: czemu właściwie Ty ciągle coś oczyszczasz? Tzn nie wiem czy tak jest, ale tak to odbieram – może teraz czas na wypełnienie się jakimiś energiami? Czy w ogóle ma sens przerwa w oczyszczaniu? I doładowywanie się zamiast oczyszczania? Sama nie wiem więc zostawiam to tutaj jako otwarte pytanie.

    Bardzo fajny post i odnajduje w nim siebie. Bardzo dziękuję!

    • Dziękuję za tak sympatyczny komentarz 🙂

      Rzeczywiście ciągle coś oczyszczam, właściwie od lat – z małymi przerwami. To chyba nie jest mój pomysł na życie, tylko dosłownie cały czas wypływa coś, co trzeba usunąć. Praca wciąż pojawia się przed oczami i nie mogę jej ignorować, to nawet nie mój wybór. W ten sposób pozbywam się ciężkości, kłamstw, iluzji i blokad przed swobodą. Może nadaję temu zbyt pracowy charakter, ale to chyba urok koziorożca xd

      Doładowania dostaję tak samo jak tematy do oczyszczania – chyba po prostu rzadziej o nich wspominam, może są mniej ciekawe, a może trudniej podzielić się przepisem na doładowanie niż przepisem na oczyszczanie – proces jest mniej przeze mnie zgłębiony. Teraz, kiedy zaczyna się wiosna, liczę na doładowania i nawet juz wymyśliłam rytuał na jego przyciąganie, którym pięknie się podzielę 🙂