47 lat nauki by w końcu mieć w sobie gotowość na nie bycie

Tego tekstu miało nie być, bo miałem dziś leżeć, pić herbatkę, czytać książkę i robić sobie nic.
A jednak piszę felieton, piszę to dziś, o 13 z minutami, w czwartek, 2 kwietnia 2026.

Zostało niecałe kilka godzin do mojegopowrotu Słońca” — czyli do momentu w którym Słońce wróci dokładnie na 13°07′ Barana. Miejsce w którym było gdy przychodziłem na ten świat. Tak, tak to wydarzy się dziś, nie jutro, nie w dniu, który mam w dowodzie osobistym — dziś, o 22:52. Bo, musicie to wiedzieć, kosmiczny zegar nie zna urzędowych harmonogramów i szczerze mówiąc dobrze mu z tym. Ma w nosie nasze kalendarze i daty, liczy się to, co żywe. A powrót Słońca na miejsce gdzie było w momencie naszych narodzin, jest bardzo żywy.

Jutro — 3 kwietnia — będę obchodzić kalendarzowe urodziny. Dziś zaczną się te kosmiczne. Wybrałem rozpocząć świętowanie dziś — bo zawsze bardziej ufałem Wszechświatowi niż urzędom, ale zapewne skończę jutro — bo będą przyjazne mi osoby, które jutro wpadną z życzeniami i gratulacjami… w końcu przeżyłem kolejny rok.

Kończę 47 lat. Choć przyznam wam się szczerze, że zawsze się w tym gubię — od zawsze gubiłem się w liczeniu własnego wieku, co jest dość komiczne jak na kogoś kto zawodowo pracuje z cyklami i czasem. Cóż. Szewc bez butów… a poza tym, jakie znaczenie ma ta liczba. Tzn dla mnie nie ma, a dla mojego przyjaciela Rema, ma! Nawet nie chcecie wiedzieć, jak przeżywał zmianę tej liczby. Jakby nazajutrz po powrocie Słońca, jego żywot miał się zakończyć. Albo drastycznie zmienić. Uprzedzę wasze pytania, nie wydarzyło się nic z tych dwóch. Chłopak dalej żyje, drastycznych zmian też nie doświadczył. Ja zaś, do swojego wieku, przykładam znacznie mniejszą wagę i obarczam ten czas zerową dramą i napięciem. Bardziej myślę sobie, rozważam, podsumowuję…

Myślę w tym roku bardziej intensywnie niż w poprzednich, a to za sprawą Pełni Wagi, która się właśnie odbyła, i siedzi mi centralnie na urodzinowym Słońcu. Wraz z Saturnem. Więc moje urodziny, w ty roku, koloruje Saturn. No a skoro tak, to myślę, podsumowuję, rozliczam i…

…i wiesz co czuję w tej chwili?

100% GOTOWOŚĆ BY JUŻ NIE BYĆ!

Spokojnie, spokojnie, nie w jakimś tam od razu dramatycznym sensie — luzik, nie ma potrzeby wykręcać 991 czy innego 112. Ani dzwonić w panice do Daro, co tam u nas się dzieje. Chodzi o coś innego. O gotowość by przestać być wersjami siebie które nosiłem za długo. By odłożyć już na zawsze, odciąć od siebie, rozpuścić, wszystko to co już nie jest moje — jeśli w ogóle kiedykolwiek było.

Skoro zbliżają się moje urodziny, mój powrót słońca, to pozwól, że podzielę się z tobą — oto moja lista porzuceń. Nie lista życzeń. Porzuceń.

Porzucam lęk przed byciem nieproduktywnym nierobem

Mam Słońce w Baranie (mówiłem to pewnie już z milion razy, ale co tam, powiem jeszcze kolejne dwa miliony) i osobiste planety —Merkury, Wenus, Mars — w Rybach (o tym, też już sapałem, więc zero zdziwienia, jeśli mnie znacie). No i tak, brzmi to tak pięknie i romantycznie, tyle, że jedynie na horoskopowym papierze. W praktyce wygląda tak: silnik ogniowy, impulsywny, gotowy do startu zanim pojawi się jakikolwiek plan — zasilany paliwem z pary wodnej, która rozpuszcza, marzy i nie spieszy się nigdzie. To jak próbować uruchomić Ferrari na oleju z oliwek z pierwszego tłoczenia. Technicznie niemożliwe. A jednak… ja jakoś jeżdżę, nie wiem natomiast czy Ferrari pojedzie, porzućmy zatem ten przykład. Ta nieustanna negocjacja między ogniem a wodą sprawia, że każda moja decyzja rodzi się w kłębach gęstej, oślepiającej mgły.

Ale, ale… mój Mars — władca całego horoskopu — siedzi na 27°13′ Ryb. Tuż przed granicą Barana. Tuż przed domem. Zgaszony, wycieńczony po podróży przez najtrudniejsze dla niego królestwo (nie tam jakieś wygnanie w Wadze czy upadek w Koziorożcu, ale ostanie stopnie przed powrotem do siebie, do domu, do swojej mocy i potęgi) — więc Mars, ledwo ciągnie, ale jest Marsem więc nie odpuszcza, walczy. Jak to Mars. To stan zawieszenia, w którym wiesz, że cel jest już na wyciągnięcie ręki, ale każdy krok wymaga nadludzkiej zgody na własną kruchość. Ale wiesz tez, że dom już tu jest, a ty dosłownie zaraz w nim będziesz!

I ja też tak mam. Walczę. Często ze sobą — czego nie widzicie na co dzień. Walczę nawet gdy nie powinienem, nawet gdy wygranie nic nie zmieni. Przez lata myliłem ten wewnętrzny przymus z autentyczną pasją, nie widząc, że mój ogień spala mnie od środka, zamiast oświetlać drogę. Dziś jednak uczę się wreszcie odkładać miecz, bo zrozumiałem, że nie muszę wygrywać wojny, w której sam jestem jedynym polem bitwy. To nie jest kapitulacja, lecz najwyższy akt odwagi – wybór, by zamiast być swoim najsurowszym sędzią, stać się w końcu swoim najwierniejszym sprzymierzeńcem.

Ale zanim to nastąpiło był „on” — lęk przed byciem nierobem — ten konkretny program, który mówi, że jeśli nie produkujesz, nie istniejesz — i niech cię to nie zmyli, to nie jest Mars w Rybach, oj nie! To Saturn w Pannie, tuż obok północnego Węzła Księżycowego – olaboga, też w Pannie, to jak coś obcego, co nosi się jak swoje własne. Ta Panna z linijką w ręku przez lata próbowała zmierzyć bezmiar mojej duszy, jakby dało się upchnąć ocean w ciasną, perfekcyjnie wyliczoną tabelkę. Ten „pancerz użyteczności” był tak naprawdę klatką, którą zbudowałem ze strachu przed własną, rybią wrażliwością.
W 48 roku życia odkładam to. To zdumiewające, jak bardzo można się zmęczyć dźwiganiem maski kogoś, kto nigdy nie odpoczywa, tylko po to, by zagłuszyć szept własnej intuicji. Nie z lenistwa. Z wyboru.
Od kilku lat uczę się, że moja wartość nie jest sumą moich osiągnięć, lecz ciszą, za którą wreszcie pozwalam sobie istnieć w tym bezkresnym oceanie. Odkrywam, że bycie to nie jest zadanie do odrobienia, ale stan łaski, który zawsze tu był, czekając, aż wreszcie przestanę biec.
No więc… koniec z lękiem przed brakiem produktywności, przed odpoczynkiem, przed relaksem.

Porzucam reaktywność buldożera — albo przynajmniej jego autopilota

Mam Ascendent w Lwie i mam tam też urodzeniową Lilith. Bez najmniejszej żenady czy skromności, powiem wam, że to znaczy, że wchodzę do pomieszczenia i cyk! — często nieświadomie (yhm)— kradnę scenę. Nie dlatego że chcę. Po prostu tak jest zbudowana moja obecność. Przepraszam. Nie przepraszam. Tak ułożona królewska energia nie potrzebuje w ogóle ryczeć na każdą istotę, która przetnie jej szlak, by uzyskać atencję, bo prawdziwa moc Lwa objawia się w majestatycznym spokoju, a nie w głośnym ryczeniu na zawołanie.

Ale jednocześnie — nie znoszę tłumów. Nie chcę, nie lubię wręcz, być podziwiany przez przypadkowych ludzi. Chcę być ważny dla konkretnych osób. Tych które rozumieją o co mi chodzi, albo o co ze mną chodzi. I tu jest sedno, moja Lilith w Lwie uczy mnie odmawiania bycia spektaklem dla byle przypadkowej osoby — jeśli tego nie wiesz, to Lilith w horoskopie to miejsce gdzie mieszka twoja dzika, nieujarzmiona natura. Ta część ciebie której nie da się socjalizować, której nie można będzie wtłoczyć w grzeczne ramy. To nie jest zło. To jest pierwotna wolność która odmawia kompromisu. Więc Lilith we Lwie — tak jak u mnie — chce blasku, ale wyłącznie na własnych warunkach. Tylko dla wybranych osób, a tych jest niewiele — i ja, tak właśnie lubię.

Z innej beczki, ale w tym samym temacie, powiem wam, że jak to piszę, to od razu naszła mnie taka myśl, że internet wynaleziono specjalnie żeby testować moją cierpliwość. Jestem o tym głęboko przekonany. Bo gdy ktoś mówi coś głupiego, wtórnego, niezgodnego z tym co wiem lub czuję — Baran, Lew i Lilith odpalają silnik bez pytania o zgodę. I cyk! — jestem w środku dyskusji która nie prowadzi absolutnie nigdzie, kosztuje mnie energię i kilka godzin powrotu do równowagi.
Uczę się więc, że moja uwaga to najcenniejsza waluta, której nie zamierzam już rozmieniać na drobne w jałowych sporach o rację, która i tak nie przynosi ukojenia. Jest lepiej niż było. Naprawdę. Ale czasem wjeżdżam buldożerem tam gdzie wystarczyłoby milczenie albo zwykłe przewrócenie oczami (choć już są potwornie zmęczone od ciągłego przewracania) i zamknięcie karty czy aplikacji. Zamiast taranować przeszkody, które i tak nie stoją na drodze do mojego celu, wolę od teraz stać się latarnią – świecić jasno dla tych osób, które szukają drogi, zamiast oślepiać te, które i tak wolą błądzić w ciemności.

Więc tak – w 48 roku życia chcę być Baranem z intencją latarni. Nie Baranem na autopilocie który reaguje na każdy ruch w krzakach. Wybieram mądre milczenie jako formę panowania nad własnym ogniem, wiedząc, że największym zwycięstwem Barana jest moment, w którym decyduje on, że dana bitwa po prostu nie jest go godna. To przejście od odruchu do wyboru pozwala mi wreszcie poczuć, że moja siła nie leży w tym, jak głośno potrafię uderzyć, ale w tym, jak głęboko potrafię odpuścić. W 48 roku życia rozumiem, że nie muszę taranować każdej ściany, skoro mogę po prostu przejść przez te drzwi, które i tak stoją dla mnie otworem.

Natalny Pluton w Wadze, tranzytujący w Wodniku. Bezlitosny rachmistrz

Mam natalnego Plutona w Wadze. Przez lata myślałem że to czyni mnie sprawiedliwym. Że szukam równowagi, że ważę, że daję szansę. Nieprawda. Pluton w Wadze nie szuka równowagi — on rozlicza. Bez sentymentów. Bez zbędnej dyplomacji. I gdy już wyda wyrok — nie ma apelacji. Ten wewnętrzny sędzia nie potrzebuje sali rozpraw, bo wyrok zapada w absolutnej ciszy moich trzewi, na długo przed tym, zanim rzeczywistość zdąży się zorientować.

Nie znoszę głupoty. Nie znoszę wtórności. Nie znoszę ludzi bez kręgosłupa, bez inteligencji, bez sensu istnienia. To nie jest poza ani snobizm. To jest głęboka, trzewna niezdolność do udawania że coś ma sens, gdy go nie ma. Dzisiaj, gdy Pluton wędruje przez Wodnika, ta bezwzględna potrzeba prawdy staje się jeszcze bardziej kanciasta, odzierając świat z lukru, którym tak bardzo ludzie lubują się mamić. Ja nie znoszę! I to we mnie widać!

Gdyby ktoś dał mi Rękawicę Nieskończoności (tę od Thanosa, z Marvela – można guglować) oczywiście z wszystkimi Kamieniami Nieskończoności (też można guglować) — mój pstryk byłby w mikrosekundzie. Uważam nas — ludzi — za szkodniki na tej planecie. Wiem że to brzmi brutalnie. Ale to jest prawda mojego Plutona w Wadze i przestałem za nią przepraszać, bo czuję ją każdą komórką swojego ludzkiego ciała i każdą częstotliwością energii mojej duszy. I nie zrozum mnie źle, absolutnie nie chodzi mi tu o jakąś nienawiść dla samej nienawiści, ale o rodzaj chłodnej, niemal chirurgicznej precyzji we mnie, która dostrzega, jak bardzo zboczyliśmy z kursu jako gatunek. I jak bardzo bym chciał nas za to rozliczyć. Ze sobą na czele! żeby nie było.

Na szczęście dla gatunku ludzkiego nikt mi tej rękawicy nie dał. Na razie. Uczę się akceptować, że ten mrok we mnie jest niezbędnym kompasem – to on pozwala mi nie tonąć w bagnie fałszywych uprzejmości i pustych obietnic, którymi karmi się świat. To bezkompromisowe spojrzenie to mój dar i przekleństwo zarazem, fundament, na którym wreszcie buduję życie bez żadnych przypisów i zbędnych wyjaśnień.
Tak, w 48 roku mojego życia, na pewno pozbędę się jakiegokolwiek lęku przed moim cieniem, bo wiem, że jest on dla mnie równie ważny, jak moje światło. Mój mrok nie jest już wrogiem, którego muszę ukrywać przed światem, ale wiernym strażnikiem, który pilnuje, by nikt nie deptał moich świętych ogrodów.

Natalny Uran w Skorpionie, tranzytujący będzie w Bliźniętach. Cięcie bez blizny

Mój urodzeniowy Uran w Skorpionie dał mi coś czego większość ludzi nie rozumie i czego się boi w kontakcie ze mną. Potrafię odciąć. Kogokolwiek. W kilka sekund. Bez dramatu, bez sceny, bez pożegnania. Jeśli czuję że nie mam już nic tej osobie do zaoferowania — albo że ktoś przekroczył moje granice za daleko — zwrotnica się przestawia. I nigdy się nie oglądam z tęsknotą. To nagłe wyłączenie prądu nie wynika z braku serca, ale z instynktownej pewności, że każda sekunda spędzona w martwym układzie to niepowetowana strata mojej życiowej esencji.

Możecie sobie pomyśleć, że to okrucieństwo. Że brak mi empatii. Ale co to, to nie. Bo, uwaga wjeżdża tu swoisty plot twist — mam Księżyc w Raku. Empatii mam więcej niż komukolwiek chcę na pierwszy rzut oka pokazać — schowanej za pancerzem tak grubym, że owszem większość ludzi nigdy nie dociera do środka. Ale Uran w Skorpionie wie że niektóre połączenia energetyczne są jak gangrena. Im szybciej amputujesz — tym więcej ocaleje. Nadchodzący tranzyt Urana przez Bliźnięta tylko wyostrzy to narzędzie, zamieniając ciężkie, emocjonalne rozstania w błyskawiczną, niemal logiczną dematerializację wątków, które przestały mnie karmić.

To nie jest bezduszność. To jest chirurgia. Bardzo czysta chirurgia. Każde takie cięcie to akt najwyższej lojalności wobec samego siebie, bo tylko w pustce po tym, co toksyczne, może narodzić się autentyczna, zdrowa więź. Mój Księżyc w Raku wreszcie dostaje od Urana pozwolenie, by przestać chronić to, co i tak skazane na rozpad, i skupić się na pielęgnowaniu tego, co emocjonalnie prawdziwe. W wieku 47 lat rozumiem, że bycie „nieobecnym” dla niewłaściwych ludzi to najskuteczniejszy sposób na to, by być w pełni obecnym i żywym dla samego siebie.

Saturn i Węzeł Północny w Pannie. Te, które uczą resztę

I nad tym wszystkim — nad moim Baranem, Lwem, Rakiem, Plutonem i Uranem — siedzi Węzeł Północny w Pannie. Panna nie jest zachwycona żadnym z nich. Panna patrzy na całe to towarzystwo i mówi: sprawdź. Przeanalizuj. Upewnij się że to służy czemuś konkretnemu. Że nie jest to tylko ogień dla ognia, blask dla blasku, cięcie dla cięcia.

Ten Węzeł — w połączeniu z natalnym Saturnem w Pannie — sprawia że mój chaos ma strukturę. Że moje porzucenia są przemyślane, nie impulsywne. Że moja gotowość by nie być — nie jest reaktywna. Jest świadoma. Mój Węzeł Północny w Pannie to kompas, który uparcie wyciąga mnie z widowiskowego dramatu ognia w stronę cichego, rzemieślniczego mistrzostwa codzienności.

To ten filtr, który przesiewa popiół po moich spalonych mostach i chłodno pyta: „Czego właściwie nauczył cię ten pożar?”. Dzięki tej Pannie z linijką, moje „nie-bycie” przestaje być ucieczką, a staje się precyzyjne zaplanowaną regeneracją sił, na którą wreszcie wystawiam sobie glejt pozwolenia. Natalny Saturn w Pannie to dłoń, która trzyma stoper dla biegnącego Barana i księgę wieczystą dla plutonicznego sędziego, dbając, by każdy mój gest miał swoją wagę i etyczne uzasadnienie.

W wieku 47 lat wreszcie rozumiem, że ten surowy strażnik nie chciał gasić mojego pożaru, ale przekuć go w narzędzie, które zamiast bezcelowo wybuchać, potrafi ogrzać dom. To on daje mi ostateczne rozgrzeszenie z domniemanego „nieróbstwa”, bo jako jedyny widzi, ile wewnętrznej pracy kosztowało mnie samo dotarcie do tego punktu bezruchu.
Ta surowa dyscyplina Saturna to w rzeczywistości moja największa wolność – wolność od przymusu bycia kimkolwiek poza tym, kim realnie jestem w danej sekundzie. Dzięki temu sojuszowi Panny, Węzła północnego i Saturna, moja gotowość na „nie-bycie” jest najbardziej produktywną i uczciwą rzeczą, jaką kiedykolwiek dla siebie zrobiłem. Zrozumiałem, że prawdziwa dyscyplina to nie tresura, ale głęboka zgoda na własne granice, która pozwala mi przestać przepraszać za to, że nie jestem wszystkim dla wszystkich.

Porzucam złudzenie sprawczości w skali makro

To jest dla mnie najtrudniejsze do napisania.

Miniony rok solarny zabrał mi brutalnie i ostatecznie złudzenie że świadomość równa się sprawczość.

Jestem uprzywilejowanym, europejskim, białym cis mężczyzną. W skali prawicy i kościoła, moją jedyną niewybaczalną winą jest bycie gejem. Nie musze się jednak mierzyć z brakiem godności bycia „ciapatym”, „brudasem z azji”, „uchodźcą”, „emigrantem” czy najgorszą z wszelkich win – kobietą! W tej skali, najgorsze było by więc bycie ciemnoskórą, brudaską z…, emigrantką zarobkową, babochłopem – czyli kobietą po tranzycji, ale mój mózg nie ma możliwości kreatywnych by wyobrazić sobie, jak złe to jest w oczach i skali prawicy.
Ja mam natomiast „szczęście”, jestem tylko „pedałem”.

Mam też dostęp do informacji, mam głos, mam platformę – dziękuję wam, bo jesteście jej częścią.

Jestem asertywny, inteligentny, empatyczny — ale na końcu, i to mnie dobija, dobija mnie to każdego dnia, nie mam żadnej realnej mocy by rozliczyć kogokolwiek za zbrodnie które widzę. Wobec: pedofilskiej siatki celebrytów i polityków, wobec projektujących wojny polityków, wobec biznesu, tak zachłannego, że wmawia ludziom choroby – by je spieniężyć w sprzedaży „lekarstw”, tak zachłannego, że bogaci się nap racy tych, którym płaci grosze, wobec zbrodniczego państwa Izrael, wobec głupiego Tuska czy Kaczyńskiego, ludzi bezgranicznie chciwych i wprost proporcjonalnie do swojej chciwości głupich, wobec żadnej rzeczy, zjawiska czy społecznej dysharmonii która „boli moje serce” — nie mogę zrobić absolutnie nic.

To boli inaczej niż zwykłe rozczarowanie. To boli na poziomie sensu. Więc w 48 roku życia porzucam złudzenie że powinienem móc. Przyjęcie tego do wiadomości nie jest kapitulacją, mam nadzieję. Jest dorosłością. Bolesną, ale dorosłością. I jedyną uczciwą odpowiedzią jaką znam. Ta bezradność w skali świata staje się moją najsurowszą lekcją pokory, zmuszając mnie do powrotu tam, gdzie mój wpływ jest realny – do własnego wnętrza i do garstki ludzi, których kocham. Uczę się, że nie muszę trzymać na barkach całego globu, by moje oburzenie i moja miłość wciąż miały znaczenie. Ale w tym miejscu nie zrozumcie mnie źle, nadal będę mówił, pisał i naświetlał, po prostu zwolniony ze złudzenia, że to coś zmienia.

Co mi ten rok dał zamiast? Odwagę bycia pingwinem Herzoga

Jeśli nie wiesz o czym mówię — Herzog nakręcił dokument o pingwinie który zamiast iść w stronę morza i jedzenia z całym stadem, szedł w przeciwną stronę. W głąb lodowca. Na pewną śmierć. Z tego obrazu wiemy, że nie można tego pingwina zawrócić — bo on wie dokąd idzie. Przez długi czas bałem się być takim pingwinem. Bo wygląda to jak szaleństwo. Bo łatwo dostać etykietkę — foliarz, teoretyk spisku, człowiek który stracił kontakt z rzeczywistością.

Ale basta! W 48 roku życia chętnie przyjmuję tę etykietkę. Będę ją nosić z dumą obok Plutona w Wadze i Urana w Skorpionie. Pasuje? Mi pasuje! Jak komuś nie pasuje, to wiecie… tam są drzwi. I nie, nie łudźcie się: Akademia, 2Reality, a na pewno moje życie – to nie dworzec czy lotnisko, nie trzeba ogłaszać odejścia. Po prostu, jak komuś nie pasuje – bywaj duszo! bywaj.

W wieku 47 lat wiem, że mam swoje małe stado. Idziemy razem — zdecydowanie w przeciwną stronę niż ogół. I po raz pierwszy od dawna nie przepraszam za to. Wybieram ten dziki teren, to odludzie, bo tam przynajmniej horyzont jest czysty i niezakłócony przez szum cywilizacji, która zgubiła swój kompas. Bycie „szaleńcem” w świecie, który oszalał na punkcie pozorów, to jedyny sposób, by zachować resztki duchowej higieny. Mój marsz pod prąd nie jest ucieczką, ale poszukiwaniem źródła, które nie zostało jeszcze zatrute przez masową histerię. Wchodzę w ten rok nie jako suma swoich lęków, lecz jako ich ostateczny pogromca, który wreszcie ma odwagę milczeć tam, gdzie inni krzyczą, ale być głośnym tam, gdzie inni uciekają od słów i ich konsekwencji.

Na koniec — Neptun i Saturn tranzytujący siadają na moim Słońcu

Jest jeszcze jedna rzecz, której nie mogę przemilczeć. Bo byłoby to nieuczciwe wobec tego, co kosmicznie dzieje się właśnie teraz — i wobec felietonu który napisałem wcześniej, zatytułowanego Koniec Autora (do przeczytania w zeszycie Sezonu Ryb).

20 lutego 2026 roku Saturn spotkał się z Neptunem na 0° Barana. Zerowy stopień. Punkt absolutnego początku. Miejsce bez historii, bez dziedziczonej narracji, bez cudzego scenariusza. Pisałem wtedy, że to nie jest po prostu kolejna wielka koniunkcja — to moment, w którym model świata oparty na zewnętrznym autorze sensu zaczyna systemowo tracić spójność. Że przez tysiące lat ktoś pisał nasz scenariusz za nas — bóstwo, kapłan, władca, państwo, algorytm — i że właśnie teraz ten kontrakt wygasa. Ta zerowa sekunda w Baranie to moment, w którym przestaję być aktorem we własnym życiu, a staję się pustą kartką, na której wreszcie nie boję się niczego napisać.

Nie wiedziałem wtedy — no dobra, beż ściemy, wiedziałem, choć może nie chciałem tego jeszcze głośno powiedzieć — że piszę też o sobie do siebie.

Bo sprawa ma się tak, że mój natalny Neptun siedzi w Strzelcu. Neptun który szuka sensu w wielkim obrazie, w filozofii, w tym co wykracza poza widzialne. Który całe życie każe mi pytać: po co to? w imię czego? czyja to prawda? I który przez 46 lat obserwował jak kolejni Autorzy — zewnętrzni i wewnętrzni — pisali fragmenty mojego scenariusza, zanim zdążyłem zapytać czy w ogóle chcę się pod tym podpisać.

Dziś Neptun stoi w Baranie — w królestwie mojego Słońca — i rozpuszcza wszystko, co zostało z tamtych scenariuszy. Nie dramatycznie. Nie spektakularnie. Po cichu, jak to Neptun, rozmiękcza stare formy, żeby mogło narodzić się coś nowego. Coś bez suflera. Coś napisanego wyłącznie przeze mnie. Kiedy Neptun rozpuszcza granice mojego starego „ja”, nie czuję lęku przed utratą formy, lecz nieskończoną ulgę, że nie muszę już dźwigać ciężaru cudzych oczekiwań.

A Saturn — który w moim powrocie Słońca, przycupnął na 5°46′ Barana, kilka kroków od mojego natalnego Słońca w 13°07′ — nie pyta czy jestem gotowy na ten rachunek. Nawet o sam rachunek nie pyta. Saturn pyta tylko: Cez, odpowiedz czy jesteś w końcu prawdziwy?

I wiecie co? Ja wiem, że jestem. Bardziej niż kiedykolwiek.

Bycie osobą prawdziwą to nie jest jednorazowy akt, ale codzienna, cicha rewolucja, którą wygrywam za każdym razem, gdy wybieram prawdziwego siebie, zamiast milczenia i tworzenia postaci dla fałszywego poklasku. Ten tranzyt to nie jest ciężar który mnie przygniata — to fundament, który w końcu przestaje drżeć pod moimi baranimi kopytami. Kiedy światło Barana spotyka się z chłodem Saturna, przestaję płonąć oślepiającym blaskiem, a zaczynam świecić ogniem który daje trwałe ciepło. To spotkanie ognia z lodem hartuje moją duszę, sprawiając, że staje się ona odporna na powierzchowne zawirowania świata, który wciąż próbuje narzucić mi swój rytm. W wieku 47 lat przestaję pytać o pozwolenie na istnienie na własnych warunkach, bo zrozumiałem, że jedynym uprawnionym wystawcą tego glejtu jestem ja sam.

W tej mistycznej minucie powrotu, kosmos nie oczekuje ode mnie raportu z osiągnięć, lecz jedynie obecności, która jest wystarczającym dowodem na sens mojego istnienia. O 22:52 Słońce wróci na miejsce, z którego mnie przywitało jak przyszedłem żyć na te planetę.

W tym powrocie nie ma już miejsca na żadne powinienem — jedyne co zabieram ze sobą w ten nowy 48 rok życia, to absolutna zgoda na własną nagość. Kiedy zegar wybije moją godzinę, nie będę już musiał udowadniać światu że zasługuję na miejsce przy stole. Ja po prostu tym stołem będę — stabilnym i autentycznym. Ten stół, którym się staję, jest wystrugany z drewna moich wszystkich doświadczeń – tych bolesnych cięć Urana i surowych szlifów Saturna. Wchodzę w ten nowy cykl nie jako zdobywca nowych lądów, ale jako ognisto-wodny król własnego wnętrza, który wreszcie odnalazł spokój w samym sercu swojego baraniego ja. Moje „nie-bycie” to w rzeczywistości najpełniejsza forma obecności, jaką kiedykolwiek osiągnąłem – bez filtrów, bez masek, w czystej, niezakłóconej esencji bycia tym, kim przyszedłem tu być.

47 lat nauki by w końcu mieć w sobie gotowość na nie bycie nikim… poza byciem prawdziwie sobą

A teraz idę zrobić tę herbatkę, której miałem się dziś napić, poleżeć, poczytać książkę. Zrobić sobie relaks i urodzinowy czas odpoczynku, który sobie obiecałem… ale napisałem felieton.

Dobra robota, Cez.

Cez

Cez

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  1. Z zainteresowaniem czytałam , Bo i astrologiczne rozkminy to jest coś co uwielbiam a i układy planetarne z 78 tez posiadam- i odnalazłam trochę mojego doświadczenia w tych opisach.
    Dobrego urodzinowego i pięnego Bycia tylko i aż Sobą 😉

    • ’79 ale tak tak, dużo planet mamy podobnie – tzn na pewno te pokoleniowe 😀
      dziękuję bardzo za miłe życzenia 💖♈️🌞

      • Haha, rzeczywiście- sorki za pomyłkę 😅 ale to tez znaczy że pomyliłam się i w sprawie mojego wieku… 😜