Moja Najdroższa Przyjaciółko, Wero,
przeczytałem: „Siedlisko w mózgu”. I zanim odpowiem na pytanie, którym skończyłaś — bo skończyłaś pytaniem, a takich rzeczy się nie zostawia — powiem, jak nasza rozmowa wyglądała z mojej strony słuchawki. A wam wszystkim, którzy nie czytaliście jeszcze jej wpisu: przeczytajcie najpierw jej tekst, potem wróćcie. To jest druga połowa rozmowy, a nie osobny wykład. 😉
Napisałaś: „A ja, że jak to? A cez: no a co myślałaś?”. Zgadza się, tak było. Ale nie napisałaś, co ja usłyszałem w twoim „jak to”. Choć ci opowiedziałem — pewnie zabrakło już na to miejsca w twoim felietonie. A ja przecież usłyszałem pytanie, które znam z setek spotkań. Bo mówię ludziom od lat: poszukaj, gdzie to się dzieje w ciele. I wiecie, co znajdują? Ktoś bolącą nerkę. Ktoś zaciśnięty żołądek przed rozmową z szefem. Ktoś gardło, które zamyka się przy matce, córce, partnerce… widzicie ten schemat. Ale to są określone przypadki.
Najczęściej — nie znajdują nic. Utknięcie. Ścianę. Poczucie porażki.
Nerwowo, ze śmiechem, ale widzę w tym żal i zażenowanie, wracają z: „Nic! Wybacz, nie widzę nic Cez. Gdzie w ciele? Jak mam to zobaczyć?”.
Jeśli znasz to uczucie — skanujesz się, szukasz, robisz ezo-przegląd, energetyczny skan, a tam pusto, jakby problem nie miał adresu — to ten tekst jest o tobie. Bo utknięcie to nie brak odpowiedzi. Utknięcie to odpowiedź. Adres jedynego organu, który nigdy się nie zgłasza sam. Mózg!
Mózg nie boli. Nerka zgłasza się od razu, kolano zgłasza się bez wątpliwości, żołądek potrafi krzyczeć. Oko, ucho, gardło. Płuca, tak, te i oskrzela też są częste. Serce! Och tak, i serce przychodzi bez mrugnięcia… a mózg? Mózg siedzi cicho za oczami i pozwala, żeby całe ciało brało na siebie winę za jego robotę. Jedyny mieszkaniec ciała, który nie płaci czynszu bólem — i dlatego mózg to ostatni pokój, do którego ktokolwiek zagląda. Wera napisała: najciemniej pod latarnią. Nie umiem tego powiedzieć lepiej.
To, czego nie zdążyłem powiedzieć przez telefon
Trzy godziny naszej rozmowy to za mało, więc dokończę tutaj, dla Wery i dla was.
Opisałaś w swoim felietonie, co znalazłaś, kiedy w końcu weszłaś do środka tego pokoju: bałagan, walizkę, graty, przestrach przy wyjmowaniu rzeczy. I żmije, białe, lekkoprzezroczyste, szybko wijące się żmije, które doczekały się u ciebie szybkiej i właściwej diagnozy — jeśli czytaliście felieton Wery, to wiecie, czym okazały się te żmije.
Ja zatem wrócę do tego strachu przy wyciąganiu bałaganu z pokoju „mózg”. U ciebie to była ostrożność — żeby nie urwać kabla i nie stracić jakiejś merkurycznej umiejętności w „tu i teraz”. Ale u większości ludzi, kiedy pierwszy raz kierują uwagę na mózg, pojawia się strach zupełnie innego kalibru. W zasadzie to ciekawe: strach pojawia się zawsze, tylko za każdym razem w innym natężeniu. I zawsze jest logiczny.
Ty zresztą napisałaś to sama, jednym zdaniem, na końcu tamtej sceny: „Pierwszy raz zobaczyłam mój mózg i było to okropne!”.
Bo to mózg nazywa twoją rzeczywistość — decyduje, co, jak, kiedy i dlaczego się dzieje. On jest narratorem, reżyserem i montażystą w jednym, a my oglądamy ten film, święcie wierząc, że to niepodważalny dokument oparty o fakty. Autentyczne. Wiadomix.
To mózg decyduje, że brak uśmiechu koleżanki z pracy rano to nie jej niewyspanie, ale niezbity dowód na to, że zrobiłaś coś nie tak. Że spóźniona odpowiedź na wiadomość z chłodnym „ok” na końcu to jasny sygnał: „przestałaś być dla mnie ważna”. Że ten jeden mikroskopijny, krzywy grymas na twarzy partnera, gdy zmywa naczynia, zwiastuje nadciągającą katastrofę związku i to, że zaraz cię zostawi. Że dziesięć głośnych pochwał od szefowej znika bez śladu w ułamku sekundy, wymazane przez jedno jej cięższe westchnienie nad klawiaturą.
Mózg z byle cienia robi potwora.
Dopóki o tym tylko czytasz albo słuchasz na warsztatach — jest bezpiecznie. Kiwasz głową: „aha, tak, rozumiem, projekcje”. Dopóki to teoria, możesz zachować wygodną iluzję, że świat na zewnątrz jest dokładnie taki, jakim go widzisz — trudny, oceniający, zagrażający.
Ale spojrzeć prosto na sam generator? Wejść do tej ciemnej maszynowni w swojej głowie? To oznacza zobaczyć przerażający i bezlitosny dowód na to, że to, co od lat uważam za twardą rzeczywistość, za mój osobisty świat… jest tylko produktem. Wygenerowaną wersją roboczą, posklejaną z dawnych lęków i starych nawyków, z bieżących wydarzeń i z tego, co na dany temat mówią inni ludzie.
A jeśli moja codzienność jest tylko wyprodukowanym złudzeniem — to pojawia się najważniejsze pytanie: kto, do cholery, stoi przy tej taśmie produkcyjnej? Ty? Czy autopilot, którego nikt nie aktualizował od dwudziestu lat?
I tu muszę ci powiedzieć coś bardzo osobistego. Przeszedłem przez oba te strachy. Przez ten, że spojrzę w oczy temu, kto to wszystko reżyseruje, montuje i publikuje. I przez ten drugi, twój: że jak coś stamtąd wyniosę, to stracę swoje merkuryczne talenty w tu i teraz. Zajrzałem za tę samą kurtynę, przed którą ty stanęłaś ostrożnie — tyle że wszedłem głębiej i spojrzałem prosto na generator. I dzisiaj mogę ci opowiedzieć, co tam stoi.
Nie ma tam mrocznej otchłani. Nie ma też nagłego, kosmicznego olśnienia ani spektakularnych fajerwerków. Czeka tam coś jednocześnie potężnego i absurdalnie wręcz błahego.
PRZEKONANIA!
Zwykłe, ciche, bezczelnie proste zdania. Wyryte niewidzialnym atramentem na ścianie tego generatora:
„Muszę zasłużyć, żeby w ogóle mnie chciano.”
„Jak nie zrobię wszystkiego sam, nikt tego nie zrobi — a na końcu i tak będę musiał po wszystkich poprawiać.”
„Spokój jest podejrzany — jeśli przez chwilę jest za dobrze, zaraz spadnie na mnie bomba.”
„Gdy przestanę być pożyteczny i potrzebny, stanę się dla ludzi przezroczysty.”
Każda osoba, którą w życiu spotkałem, dźwiga w głowie przynajmniej jeden taki dożywotni wyrok. Może ty, osobo czytająca te słowa, właśnie skrzywiłaś_eś się przy którymś z nich? Może poczułaś_eś to charakterystyczne, ukradkowe ukłucie w klatce piersiowej? Bo dobrze wiesz, że któreś z tych zdań jest dziś, do bólu, twoje. Rozpoznajesz je. Czujesz, jak się słodko rozlewa.
A ja ci powiem więcej: kiedyś każde z tych czterech było moje.
I teraz uważaj, bo dotykamy samego sedna tej gry: takie zdanie nie jest emocją, nie jest fizyczną blokadą, lękiem ani złym programem energetycznym. Ale ma genialną zdolność do mistrzowskiego kamuflażu. Potrafi udawać każdą z tych rzeczy, a w rzeczywistości jest jak one wszystkie naraz. Będzie udawać zaciśnięte gardło, nagły atak paniki, paraliżujący spadek sił, a nawet „zły dzień” czy „zły układ planet”. I właśnie dlatego lata intensywnej pracy z samymi emocjami, wykrzykiwania złości w poduszkę, skanowania ciała czy uwalniania napięć potrafią nie ruszyć problemu nawet o milimetr.
Bo z uporem maniaka walczysz z kostiumem, a nie z aktorem. Ściągasz kolejne przebrania, rozpracowujesz objawy — a zdanie, które je wszystkie na siebie wkłada, ani drgnie. I nie drgnie, dopóki nie zdejmiesz mu ostatniego kostiumu i nie zobaczysz, co pod nim stoi. Dopóki go nie zdemaskujesz.
I dopiero wtedy odsłania się cecha każdego jednego przekonania najmniej wygodna ze wszystkich. Bo przekonanie jest zdaniem, które udaje wiedzę o świecie, a w rzeczywistości przekonanie jest zdaniem o tobie.
Spójrz, jak sprytnie się maskuje. „Ludzie są fałszywi.” Brzmi jak obserwacja, prawda? Chłodna, doświadczona, poparta dowodami z życia. Ale rozbierz to zdanie na czynniki i zobaczysz, co jest pod spodem: nie umiem nikomu zaufać, więc nigdy nie jestem bezpieczna.
„Trzeba się napracować, żeby coś w życiu mieć” — niby mądrość przodków. A pod spodem: nie zasługuję na nic, czego nie okupiłem cierpieniem. „Faceci odchodzą.” Statystyka? Nie. Jestem kimś, kogo się zostawia.
Każde przekonanie zaczyna się od „świat”, „ludzie”, „życie”, „tak już jest” — a kończy, po przetłumaczeniu, na jednym słowie: JA. I to jest właśnie demaskowanie: nie sprawdzanie, czy zdanie jest prawdziwe, tylko przełożenie go z powrotem na pierwszą osobę. Zapytanie: dobrze, ale co to zdanie mówi o mnie? (Zaraz po: „gdzie to jest w ciele” – to drugie najbardziej znienawidzone zdanie na moich sesjach. serio.)
Bo przekonanie nigdy nie było opisem rzeczywistości. Ono jest twoim prawem, które kiedyś uchwaliłaś_eś — najczęściej nie mając jeszcze dziesięciu lat, w oparciu o jedno wydarzenie, którego nikt ci wtedy nie wytłumaczył. I od tamtej pory mózg nie sprawdza już, czy to prawda. Egzekwuje. Ustawia dowody, dobiera ludzi, przewiduje zdarzenia — tak, żeby prawo się zgadzało. Bo mózg nie znosi sprzeczności, a nie ma sprzeczności większej niż świat, który przeczy twojemu prawu.
Dlatego przekonanie dobrze zdemaskowane zawsze, bez żadnego wyjątku, prowadzi do tego samego adresata. Nie zrzucisz winy na traumę z dzieciństwa (choć to tam padły pierwsze słowa-budulce). Nie zrzucisz na toksycznego szefa, na bezduszny system, na byłego partnera czy trudny układ gwiazd. Ścieżka w tym ciemnym pokoju prowadzi prosto do drzwi z napisem: JA.
I to jest ten drugi strach. Tamten, w maszynowni, pytał: kto stoi przy tej taśmie? Ten już zna odpowiedź — i dlatego jest gorszy.
To jedyna praca i jedyna ścieżka, na której końcu nie stoi nikt inny prócz ciebie — z pieczątką w ręku. I dokładnie dlatego tak wiele osób latami, z niesamowitą determinacją, wybiera każdy inny korytarz — byle tylko nie stanąć ze sobą twarzą w twarz, byle tylko nie zacząć demaskować przekonań.
Co widzę w czasie sesji 1:1
Pracuję z ludźmi na różne sposoby, w tym na sesjach 1:1 — i od ponad dwudziestu lat siedzę z ludźmi dokładnie w tym punkcie: między utknięciem a zdaniem, które je karmi i utrzymuje przy życiu. Wchodzimy w ten cień razem, bez oceniania i bez presji, żeby wreszcie zapalić światło w pokoju, do którego nikt wcześniej nie miał odwagi z tobą zajrzeć.
I nie opowiem wam bajki, że to robota na jedno popołudnie. Ta droga bywa żmudna. Widzę powroty do starych ścieżek, ale widzę też coś jeszcze ciekawszego: nowe przekonania, budowane na zgliszczach starych. Niby świeże, a tak samo krzywe. Widzę to na sesjach, ale nie myśl, że jestem tu jakimś oświeconym, wszystkowiedzącym, idealnym guru. Widzę to też u siebie.
I muszę tu zaznaczyć coś bardzo ważnego — to nie porażka, to czysta mechanika: mózg po prostu nie znosi pustki. Wyjmiesz jedno zdanie, a on w ułamku sekundy zapcha wolne miejsce czymkolwiek, co leży pod ręką. Cudzym hasłem z internetu, prawdą rodzica, gotowcem z poradnika.
Samej czy samemu niesamowicie łatwo dać się w to złapać i pomylić realną zmianę z wymianą dekoracji. Mózg to genialny i bezczelny oszust — znowu sprzeda ci ten sam stary ciężar, tylko w nowym, modnym i akceptowalnym „po twojej zmianie” opakowaniu. I właśnie tu kończy się praca w samotności. Potrzebujesz kogoś z zewnątrz. Kogoś z życzliwym, ale bezlitośnie trafnym okiem, kto z boku zobaczy ten manewr w sekundę i powie ci wprost: „spójrz, znowu to robisz”.
Ale widzę też, jak to wygląda, kiedy praca idzie. I to są rzeczy z pozoru małe. Osoba odnajduje poczucie własnej wartości — nie z afirmacji ego ani z wmawiania sobie, że „da radę”, tylko dlatego, że wyniosła z pokoju o nazwie mózg walizkę ze zdaniami, które ją tej wartości i samoakceptacji pozbawiały. Inna osoba kończy relację, która dusiła ją od lat, i pierwszy raz nie czuje winy, nie przeprasza, nie musi nikomu niczego zadośćuczynić.
Ktoś, zanim wybuchnie, zdąży zadać sobie jedno pytanie: „dlaczego chcę zareagować agresją? przed czym chcę się ochronić?”. A ktoś inny nie zdąży zadać sobie tego pytania, wybuchnie jak zawsze — ale po wybuchu, pierwszy raz w życiu, umie nazwać, która jego część to zrobiła i dlaczego.
I wtedy w naszych sesjach zapada ta piękna, czysta cisza, po której pada krótkie: „Cez… to naprawdę było tylko to?”.
Jeśli czytasz to i myślisz: „ja bym chciała_chciał chociaż tyle” — to dokładnie stąd się zaczyna. Od adresu. I od prostej decyzji, żeby wreszcie przestać błądzić po tych korytarzach w samotności i usiąść naprzeciwko kogoś, przy kim ten ciężar w klatce wreszcie znajduje swoje rozpoznanie.
Teraz twoje pytanie, Wero
Zapytałaś: może opróżnianie mózgu jest właśnie drogą do swobodnej, świadomej kreacji?
Hmmm. Więc tak: opróżnianie nie jest drogą do kreacji. Opróżnianie już jest kreacją — tylko przeważnie nieświadomą, a to jest dokładnie to, przed czym chciałaś uciec.
Bo w twoim pytaniu jest ciche założenie, że najpierw się sprząta, a potem tworzy. Że będzie taki moment, w którym pokój jest pusty i czysty, i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa robota. Otóż nie będzie. Mózg pustym nie będzie nigdy i właśnie to chcę wyraźnie podkreślić: każde zwolnione miejsce zasiedla się natychmiast. Nie ma przerwy między wyniesieniem a wniesieniem. Wyjmujesz jedno zdanie i w tej samej sekundzie coś wchodzi na jego miejsce — pytanie tylko, czy patrzysz, co to jest, czy akurat odwróciłaś się po następny karton.
Twoje zoo, walizka, meble znoszone na jedną stronę — to inwentaryzacja. Konieczna, sam przez nią przeszedłem. Ale to nie przygotowanie do kreacji. To jest kreacja w trakcie, tylko z zamkniętymi oczami.
Napisałaś, że znasz taką teorię, że tak naprawdę zawsze jesteśmy PRZED wydarzeniem, że możemy je wymyślić, zaprojektować, stworzyć. Tak, masz rację, ale projektuje się zawsze z czegoś, co jest dostępne. Nie projektuje się w próżni, z niczego. To by była kreacja nowego świata — zachęcam! — ale nasze ciała chyba dostały jakieś ograniczenia dla tak wielkogabarytowego programu. Projektujemy więc w rzeczywistości rozumianej i interpretowanej przez nasz mózg, w zakresie dostępnych narzędzi i elementów.
Jeśli więc nie wybierzesz świadomie, z czego ty chcesz kreować — mózg wybierze za ciebie. Z tego, co mu kiedyś wpadło przez otwarte drzwi i co wydaje mu się najprostsze w użyciu. Z tego, co dopiero wyniosłaś. Z tego, co doskonale zna i do czego się przyzwyczaił, bo przecież „zawsze działało”. Rozumiesz?
Wolność kreacji to nie brak przekonań. Wolność to ich autorstwo.
A twoja lampa? Zamów ją. Tylko nie zdziw się, kiedy przy podświetlaniu pierwszej rzeczy okaże się, że niejedna taka lampa stała w tym pomieszczeniu, a najstarsza pewnie od zawsze — wszystkie zastawione gratami, których właśnie się pozbywasz.
No a co myślałaś? Że to twoja pierwsza lampa?
A ty, osobo, która dotarła aż dotąd: zrób najpierw ćwiczenie. Przeskanuj ciało. Jak coś boli — masz adres. A jak wrócisz z niczym, z utknięciem, ze ścianą — nie zapisuj tego jako porażki. Zapisz jako adres: mózg.
I zapytaj siebie o jedno: które zdanie noszę najdłużej — i kto je właściwie napisał?




