Przesunięcie granicy osobistej

Jakoś udało wam się wytrzymać pierwsze półrocze i mnie też się udało, chociaż byłam nieznośna. Kiedy patrzę na ten okres, widzę same smęty i niewielką wolę życia, a także ZERO woli tworzenia. Moja twórczość polegała głównie na tłumaczeniu sobie i wam, dlaczego jestem taka zablokowana i ileż to mam jeszcze pracy energetycznej do wykonania, aby odżyć i stanąć na stopach. Jednocześnie wciąż atakowałam swoje stopy tylko po to, by nie nadawały się do stanięcia na nich, a tym bardziej do chodzenia i zdobywania nowych gór.

Problemy ze stopami były liczne – egzema, odciski, strupy, dziwnie gruby paznokieć, ułamany paznokieć, tego typu sprawy. Już na pierwszych warsztatach “namaluj swoją duszę” wychodziło czarno na białym, że wciąż próbuję odłączyć swoje stopy od ciała, a to tylko po to, żeby nie musieć nigdzie iść. 

Kilka tygodni temu, u schyłku tego dziwnego kryzysu pomyślałam, czy w moim życiu zmieniłoby się coś, gdybym musiała jeździć na wózku inwalidzkim. Kiedy człowiek (ja) w dzieciństwie oglądał “klan” i widział, że michał chojnicki złamał kręgosłup i będzie się poruszał na wózku, byłam przerażona, że i mnie to spotka. Nie wyobrażałam sobie wtedy nic gorszego. A teraz wiem, że istnieje coś, co przeraża jeszcze bardziej – kiedy okazuje się, że strata możliwości swobodnego poruszania się niewiele zmieniłaby w moim życiu, bo mi na tym ruchu nie zależy. To mną wstrząsnęło.

Te brzydkie, żałosne puzzle się poukładały, dotarłam chyba do sedna swojego marazmu (obiboctwa), do sedna swojego zastoju, postoju, nieruchomości, ciężkości. Nie chcę być osobą, której nie zależy na ruchu. 

Po terapii na ten temat okazało się, że osoby koziorożcowe nie muszą być aż takie ruchliwe jak sobie wyobrażałam. Mogą osiągać sukcesy i spełniać marzenia nie błądząc po mapie, mogą się urządzić w miejscu. Trudno to zaakceptować ponieważ ruch zawsze uważałam za dużą wartość, a jednocześnie nigdy nie starałam się go wykonywać, dzięki czemu mogłam czuć się źle – byłam zła, bo się nie ruszałam, więc może wtedy postanowiłam sobie odebrać stopy za karę. Taka jesteś mądra wero, nie chcesz się ruszać?? To dawaj stopy. I cyk – jedna choroba, druga itp. 

wczoraj

Wczoraj rozpoczęłam piąty etap ścieżki startowej (znajdziecie ją na górze naszej strony). Kiedy zobaczyłam, że chodzi o umiejętność stawiania granic, pomyślałam – hehehe, nie dla mnie, już to przecież robiłam, w zasadzie zajmowałam się tym cały rok 2023 ,24 i 25. Teraz jest już 26 i ta sprawa jest za mną. Przeczytałam na czym polega praktyka, którą należy wykonać i zauważyłam, że jednak mnie porusza, że ewidentnie coś jeszcze muszę zrobić w tym temacie. Zagadałam ceza, a on powiedział, że to praktyka na co najmniej kilka dni. Powiedziałam OK, w takim razie nie ma po co się spieszyć i poszłam spać. Kiedy już zasypiałam, zobaczyłam swoje łydki, były oplecione okropnym, śmierdzącym mięsem. Czerwonym, fioletowym, zielonym, do tego kanały, w których stała żółta ropa i zielone żyły. Wszystko brzydkie i wszystko w nadmiarze. Dużo urwanych ran i niezagojonych, sinych blizn. Krzyknęłam – dlaczego jesteście takie przerażające??!

Odpowiedź otrzymałam w pół sekundy – bo moja praca z granicami wcale nie jest skończona. W łydkach znajdę problemy i ich rozwiązania. Jaki jest podstawowy problem? Już to wiem. Brzydota łydki mi to powiedziała. 

podstawowy problem

Przez te lata, kiedy pracowałam z ustalaniem swoich granic zaszłam bardzo daleko, myślałam, że może już do końca? Jednocześnie wiedziałam, że mam jeszcze dużo do naprawienia w swojej asertywności i lektura instrukcji piątego kroku ścieżki uświadomiła mi to dokładnie. Teraz jednak zobaczyłam konkretny problem. 

Pozwalam ludziom mówić mi, co mam robić. Do tej pory przepracowałam to, że oni mi mówią, ale ja tego nie robię. Myślałam, że to dobry układ. Optymalny. Osoba może wyrazić swoją opinię, a ja mogę się z nią nie zgodzić, a nawet pokrzyczeć chwilę o tym, jaka jest durna. Ktoś mi powie – wero, nie powinnaś nosić żółtej torebki do fioletowych butów, bo to nie pasuje. A ja na to, w moim oku to pasuje i że będę nosić, bo wygląda to pięknie. Kiedy to czytacie, to macie wrażenie, że zadbałam o swoje granice? Wczorajsza wera powiedziałaby – oczywiście, że tak. Wysłuchałam opinii (szacunek do innej osoby??), odpowiedziałam, że się z nią nie zgadzam i robię swoje dalej, niezależnie od niej. 

A wczorajsza brzydka łydka powiedziała mi, że ta granica jest nadal w złym miejscu. Że już nie muszę pozwalać ludziom mówić swoich opinii na temat moich działań. Mogę je ucinać od razu, a nawet muszę, bo tylko wtedy odzyskam swoje nogi i kroki i ruch i brak siedzenia na wózku! Dziwne, bo pewne formy społeczne do których przywykłam i które uznawałam za obowiązujące, każą chociaż wysłuchać mądrości nawet najgłupszych ludzi. To się chyba nazywa szacunek. A tu się okazuje, że już nie mogę tego robić dla własnego zdrowia i pięknego kroku. Że należy przesunąć granicę tolerancji na te bezużyteczne uwagi (bzdety / bzdury). Chyba po prostu muszę przestać wierzyć w to, że randomowi ludzie mogą mi doradzić coś, co jest dla mnie wartościowe. Może mogą robić to tylko konkretne osoby, z mojego kręgu zaufania. Reszta – wypad. 

Trudno mi to pisać, ale muszę uwierzyć swojej łydce i swojemu jasnowidzeniu, bo ono jest dosłownie w stu procentach oczywiste, jasne i prawdziwe. Granica musi być przesunięta. 

Nie wiem jak to możliwe, ale naklepałam już z tysiąc słów, a w ogóle nie doszłam do pierwszej praktyki z piątego kroku ścieżki startowej, ani nawet do tematu tego postu, czyli do cazimi merkurego lol. To cazimi było najważniejszym wydarzeniem tego roku, bo wyrwało mnie z marazmu, ale to opowiem innym razem, bo wasze granice mogą nie udźwignąć tak obszernego kontentu.

I teraz jeszcze muszę zmienić tytuł z cazimi Merkurego na jakiś inny, omg, co za los.

Wera

Wera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *