Światło oświetla wątrobę oraz smażony ser – #storytime o nadmiarze energii

Jednym z kryształów, które zaproponowałam wam i sobie na sezon strzelca jest kryształ górski. Zachęcałam już was do budowania ołtarzyka z udziałem tego kryształu, ale nie trzeba być werą – budowniczą, by korzystać z jego energii, ponieważ można go też nosić przy sobie, tradycyjnie w kieszeni lub na sznurku na szyi. Bransoletki też są dozwolone (uff).

Kryształ górski to kamień, który można zdobyć z łatwością w sklepie lub na górskiej drodze, lub pluskając się w potoku. Ja wybrałam tę pierwszą opcję, choć wam polecam kąpiele.

I teraz zapraszam do zapoznania się z historią użytkowania tego kryształu przeze mnie, choć minął dopiero tydzień, a nie cały miesiąc o nazwie “strzelec”.

ETAP 1 

Moje otoczenie obfituje w kryształy górskie. Można je znaleźć na komodzie, w torebkach, w szufladach, za tapczanem. Gdzie człowiek nie spojrzy, tam kryształ górski. Między innymi mam dwa wisiorki na szyję w postaci pięknie wykształconych monokryształów. Postanowiłam, że każdego dnia sezonu strzelca będę nosiła jeden z nich. Czyż to nie proste? Noszenie tego kamienia oznaczyłam prostą intencją: napełnić mnie energią światła, od stóp do głów.

Po czterech dniach się skapnęłam, że już nie mogę wytrzymać z nadmiaru. Dzięki kryształowi pochłaniałam dzikie ilości światła (energii), ale nie umiałam ich przetwarzać z pożytkiem dla siebie lub kogokolwiek innego. Jak rozpoznałam nadmiar? Po zatrważającej chęci kręcenia dram. Wymyśliłam problem i zaczęłam w niego wciągać kolejne kręgi ludzi. Zasypywałam ich energią, entuzjazmem, chodziłam za nimi, dopytywałam, czułam że cała kipię i że jedna, dwie dramy to za mało, trzeba zrobić coś więcej!

ETAP 2

Po zauważeniu chorego zaangażowania w plotki i relacje społeczne – między innymi z ludźmi, których skreśliłam już miesiące temu – postanowiłam nie marnować tego światła. Uznałam pewnego poranka, że skoro nie jestem w stanie zużywać tej energii na bieżąco, bo i tak tkwię w etatowej pracy (a przecież nie będę tam pracować ponad normę), to skieruję ją do uzdrawiania mojego ciała. Drzemałam wtedy w autobusie, więc skanowanie ciała było dla mnie bardzo łatwe. Wysłałam paczki do stóp, łydek, kolan, ud, wszystko szło gładko, aż dotarłam do brzucha. Tam moją uwagę zwróciła wątroba. Zapytałam jej – jesteś chora? A ona na to: no, trochę. 

Znalazłam idealny cel dla energii kosmosu. Powiedziałam kosmosowi: teraz pięknie uzdrowimy wątrobę. Energia zaczęła płynąć do niej jak szalona. 

ETAP 3 

Cóż jednak z tego, kiedy na obiad był burger ze smażonym serem. Zdrowa, świeżutka, witalna wątroba i na to pół kilo smażonej mozzarelli w panierce? Co mogło pójść nie tak? Już informuję xd

Miałam (mam?) niestrawność przez dosłownie dwie i pół doby (czyli do teraz). Nie wiem jak mam to rozumieć. Wygląda na to, że energia kosmosu poszła na przepracowanie jednego obiadu. Jest to śmieszne i trochę żałosne. Z pocieszających wiadomości – do zjedzenia sera na pewno uzdrawianie nie zdążyło się zakończyć. Czyli nie było tak, że wątroba była już totalnie piękna, tylko była na którymś wstępnym etapie piękności. Dlatego nie cała praca została zmarnowana, bo nie cała praca się dokonała. Co oznacza, że właściwie można śmiało ją uzdrawiać dalej. Być może nawet teraz ma to więcej sensu??? Bo jest powód????

ETAP 4 – PRZYSZŁOŚCIOWY

Zaczęłam nowy tydzień, więc co mam teraz robić? Oto propozycja. Będę nosiła nadal kryształ górski, powiem mu, żeby dalej pompował mnie na maksa światłem, tylko zgrabnie porozdzielam to światło procentowo. 34 procent pójdzie na uzdrawianie wątroby. 58 na realizację grudniowych postanowień i prac. 8 procent na bieżące wydatki życiowe. Liczby te nie są przypadkowe, otrzymałam je w jasnowidzeniu, a za nimi szła informacja, że to ostatnie osiem procent wystarcza mi na normalne prowadzenie codziennej egzystencji, więc cała reszta to super ekstra bonus. Będę miała 12 i pół razy więcej energii niż zazwyczaj potrzebuję. To bardzo dużo, można sobie na nowo ułożyć życie, można zrobić coś wstrząsającego, co wstrząśnie światem. Dlaczego wszyscy tego nie robią?? Proszę to robić, proszę nosić kryształ górski. 

Opcja druga: zwiększyć liczbę noszonych kryształów. Jeden na szyi, piętnaście na ręce, trzy w kieszeni? Czy to ma sens? Ile energii moje ciało wytrzyma? Gdzie jest granica mojej żarłoczności? Czy nie będę rybą rozdymką, na granicy wybuchu? Wykreślam drugą opcję co najmniej na tydzień, na razie zakoleguję się z tymi procentami, które wypisałam powyżej. 

HISTORIA JEST OTWARTA

Wera

Wera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *