Założenia mojego wyzwania były wspaniałe, przypomnę w skrócie, że chodziło o to, żeby zatrudnić samą siebie na etacie. Etat ten miał dotycznyć spełniania swojego marzenia. Wybrałam sobie marzenie, które chcę spełnić i założyłam, że będę pracować nad jego realizacją w formacie ¼ etatu, czyli 40 godzin w miesiącu, 10 w tygodniu.
Tutaj możecie poczytać o szczegółach:
Moje zatrudnienie miało potrwać trzy miesiące (kwiecień – czerwiec) i zaplanowałam sobie nawet odpowiednią pensję w wysokości 89 zł miesięcznie. Nigdy sobie jednak tych pieniędzy nie wypłaciłam. Dlaczego? Ponieważ na nie nie zasłużyłam!
Moim dodatkowym, kosmicznym pracodawcą – opiekunem był Saturn. Planeta odpowiedzialna za uznanie, czas, ambicje, konsekwencję i dyscyplinę. W moim wyobrażeniu było tak, że poświęcam swój czas i wysiłek, wkładam konkretną energię w osiągnięcie marzenia, a w nagrodę otrzymuję wsparcie Saturna i piękne paczki energii od niego. Do tego oczywiście symboliczna pensja, ale czym są pieniądze wobec kosmicznej energii potężnej planety?? No chyba niczym ważnym i znaczącym.
Niestety plan był dobry, ale wykonanie fatalne. W pierwszym miesiącu / kwietniu dużo się nauczyłam o tym jaka ze mnie niedojda, ale kolejne były jeszcze gorsze. W maju poleciałam na wakacje i straciłam grunt pod nogami, a w czerwcu chodziłam non stop na nadgodziny w normalnej pracy, przez co i tak wyrabiałam 5/4 etatu. Jednym słowem – porażka. Miałam bardzo mało czasu na kolejne ¼ etatu, bo w sumie byłoby to już 6/4.
Ponieważ w żadnym miesiącu nie udało mi się wyrobić 40 godzin, nie wypłaciłam sobie ani razu pensji. To chyba dobiło mojego szefa – Saturna i zniszczyło naszą relację na AMENT.
Lament
Otworzyłam ten temat dziś, by go elegancko zamknąć i podsumować. Pierwotnie miałam w planach lamentowanie, to moja ulubiona forma zdawania relacji ze swoich porażek. Niestety wszechświat żąda czegoś więcej. Muszę pomyśleć coś mądrego i napisać tutaj coś mądrego. Coś, co będzie lekcją na przyszłość, a jednocześnie nie będzie miało funkcji maskowania porażki.
Pierwszą lekcja jaką wyniosłam z tej sytuacji jest świadomość, że Saturn nie daje paczek zgodnych z moim wyobrażeniem. To nie są prezenty. To nie są gotowe posiłki do skonsumowania i wydania na głupoty. Nie są to także posiłki do wydania na robienie mądrych rzeczy, ponieważ jedyną nagroda jaką mogę dostać od Saturna jest zrozumienie.
Bycie nietępaczką z paczką
Paczki od planet mogą zawierać zrozumienie ich energii, czysty ogląd sytuacji, piękną, wielowymiarową świadomość, natomiast nie mogą zawierać cukierków, kalorii, siły, entuzjazmu, miłości. To zrozumienie to momenty, kiedy ciało przenika pewna uniwersalna oczywistość i pewność, a nie 1800 kilodżuli gotowych do spożycia. Nagrody od planet są przezroczyste i nie ważą nic, one nawet nie mają temperatury. Nie tego człowiek oczekiwał.
Co będzie z moją pracą
Nie wiem czy Saturn jest na mnie obrażony, czy postawił na mnie krzyżyk, z tego co mówił cez, nadal chce iść ze mną. Najpierw jednak miałam zrobić liczbowe podsumowanie tego wyzwania.
Skoro miałam pracować 40 h na miesiąc, to w ciągu trzech miesięcy, godzin miało być 120. Najgorsze jest to, że przestałam je liczyć już w drugim miesiącu, bo już wtedy porażka była oczywista, więc liczenie ewidentnie niepotrzebne. Teraz tego żałuję, bo podsumowanie powinno być szczegółowe i powinno zawierać takie informacje. Mogę jednak mniej więcej oszacować, że było to ok. 40 godzin pracy ze 120 zaplanowanych. I to maksymalnie!
Jakie są powody porażki?
Mówiąc najprościej – trudności w zabraniu się za pracę. Odkładanie tego momentu. Brak wiary w to, że praca ma jakikolwiek sens. Nie mówię o wynagrodzeniu finansowym, tylko jakimkolwiek, chociażby o własnej osobistej satysfakcji. Wszystkie działania nie mają sensu, bo są zbyt drobne i nie spowodują zmiany mojego życia. Zmiana nie powinna zajmować 120 godzin kwartalnie, może trwać tylko minutę, ale dotyczyć tego, co jest faktycznym punktem przełomu.
Problemem jest unikanie celu. Strzelanie strzałkami nie w tablicę z kółkami powieszoną na ścianie w barze, tylko w pobliskie drzewo i puszkę. Udawanie, że tego jedynego ważnego celu i drogi do niego nie widzę, dlatego celuję sobie na chybił trafił w randomowe przedmioty. Wytracam godzinki na cokolwiek, na rzecz dowolną, zamiast poświęcić minutę na wycelowanie i trafienie tam, gdzie trzeba. Ostrzelałam już swoimi godzinkami całe otoczenie, ale tablica na ścianie pozostała pusta i czysta.
Dlatego myślę, że moim zaplanowanym godzinom zabrakło kierunku. Chyba jednak nie wystarczy robić czegokolwiek. Chyba trzeba robić coś sensownego. Chciałam się nauczyć wysiadywać dupogodziny przy jednym zadaniu, ale teraz widzę (lub to iluzja??), że mój czas to za mało, a może nawet mój czas nie ma tu w ogóle wartości. Dlaczego w ogóle myślę, że ma, czy to dlatego że pracuję w korporacji, w której mój czas pracy jest wszystkim? Widocznie dla mojego drugiego pracodawcy (Saturn) czas nie jest wszystkim, bo ważniejsze jest podjęcie jednej, sekundowej decyzji i zrealizowanie jej.
Moje wyzwanie było pięknie pomyślane, naprawdę jestem zadowolona z niego, ale chyba nie byłam w dobrym momencie, by je wykonać. Moje problemy ze spełnianiem marzeń zaszły za daleko i mogę je załatwić jednym precyzyjnym cięciem, a nie godzinami pracy mającymi maskować prawdziwy cel i prawdziwy sens moich wysiłków.





Muszę zaprotestować przeciwko słowu „porażka” — i przeciwko jeszcze jednemu: „nie wiem, czy Saturn jest na mnie obrażony„. Weruniu, planety się nie obrażają. Obrażalskich bogów wymyślili ludzie, którzy potrzebowali wytłumaczyć sobie grad i nieurodzaj — my się tej mitologii po prostu za dużo naczytaliśmy i traktujemy ją jak regulamin pracowniczy. Saturn nie prowadzi rejestru twoich przewinień, bo energia nie ma ego, które mogłabyś urazić. Saturn jest jak grawitacja: grawitacja też się nie obraża, kiedy upadasz. Ona cię tylko konsekwentnie uczy, gdzie jest ziemia.
A teraz księgowość. Pensji w złotówkach nie było, ale w mojej opinii wypłata do Ciebie poszła — i ty ją własnoręcznie zaksięgowałaś, tylko nie rozpoznałaś w momencie przelewu. „Nagrody od planet są przezroczyste, nie ważą nic i nie mają temperatury” — to zdanie JEST twoją pensją za ten kwartał. Nikt, kto przepracował u Saturna zero godzin, takiego zdania nie napisze.
I najważniejsze, co odkryłaś, choć nazwałaś to porażką: że twoje 120 godzin nie miało wartości, a jedna sekundowa decyzja — ma. To jest dokładnie różnica między rodzajami czasu. Chronos to czas liczony: godziny, etaty, ćwiartki etatu, nadgodziny — czas z korporacji, w której pracujesz i którego logikę nieświadomie przyniosłaś do umowy z Saturnem. Kairos to czas właściwego momentu: ta jedna minuta wycelowania, o której piszesz, to jedno precyzyjne cięcie.
I zauważ, czym Saturn pracuje: sierpem. Sierpem się nie piłuje dupogodzinami. Sierpem się robi jedno cięcie — we właściwym momencie. Chciałaś się nauczyć wysiadywać czas niczym Chronos, a Saturn przez trzy miesiące uczył cię jak iść w stronę ideologii Kairos.
Pracodawca, który zamiast egzekwować twój plan koryguje ci cel, to nie jest szef stawiający krzyżyk. To jest szef, który cię awansował.
Stary kontrakt rozwiązany — i dobrze, bo był napisany w złej walucie. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby podpisać nowy, tym razem denominowany w momentach, nie w godzinach. Warunki proste: zero etatu, zero pensji, jedna tablica na ścianie i jedno pytanie na kwartał — kiedy strzelasz?
Dziękuję ci za ten piękny komentarz i zawarte w nim lekcje. Mam wrażenie, że je odrobiłam, tylko nie umiałam nazwać, a ty to tutaj celnie i ciekawie podsumowałeś. Szkoda, że towarzyszyło mi uczucie marnowania czasu, kiedy cała praca dokonywała się na zapleczu mojego oficjalnego biura zatrudnienia 🙂
Co do kolejnego saturnowego wyzwania – momenty olśnień i decyzji o wiele trudniej zaplanować niż dupogodzinki, więc nawet nie umiem sobie teraz wyobrazić jak miałoby ono wyglądać. Dlatego na razie skupię się na „ścieżce startowej” i popracuję z tym, co już mam.