Wodnik… i jego kontrakt z nic nierobieniem!

W zeszłym roku Brama Lwa rozerwała mnie na strzępy. Nie w sensie destrukcji, która zostawia popiół i smutek, ale rekonstrukcji, która pomogła mi zedrzeć resztki cudzych masek przyklejonych do mojej twarzy. I paradoksalnie – nie czułem się z tym źle. Wręcz przeciwnie – to było jak zdjęcie pancerza, w którym chodziłem tak długo, że zapomniałem, jak pachnie Wszechświat na skórze przyniesiony po każdej medytacji, po każdej astralnej wycieczce.
Wyszedłem z tej Bramy Lwa w najbardziej autentycznej, bezkompromisowej, bezmaskowej istocie siebie. W uznaniu, które nie potrzebowało już żadnych wersji, żadnych ról.
Ale wtedy wiedziałem, że to dopiero początek – zbyt wcześnie było na diagnozy i tezy, zbyt wcześnie, by dzielić się tym publicznie. Spisałem swoje notatki, obiecałem sobie, że wrócę do nich po roku, gdy będę pisał dla Was felieton o Bramie Lwa 2k25!

W tym roku zrobiłem coś, co jeszcze rok temu wydawałoby się herezją – wywaliłem całą pop-ezoteryczną ułudę Bramy Lwa do góry nogami. Zamiast cukrowego „manifestuj, co chcesz”, „proś Wszechświat o cokolwiek, a energie Bramy Lwa Ci to zapewnią…” – zaproponowałem Wam coś, co wymaga odwagi: pozbywanie się tego, kim już dłużej nie możecie być. Brama Lwa nie jest dla mnie bramą do osiągania – jest bramą do odzyskiwania siebie. I taką wersję portalu mocy Słońca i Syriusza zaprezentowałem Wam kilka dni temu.

Wczorajsze rytuały i przejście przez portal poszło mi tak dobrze, że aż się ucieszyłem. Moje nowe spojrznew na Bramę Lwa działa, moja nowa wizja, to potencjał autentycznej zmiany, a nie kosmiczny bankomat, który wypluwa energię po włożeniu karteczki z manifestacją lub afirmacją, po zapaleniu świecy, czy nastawieniu słoja!
Cały dzień płynął jak rytuał, który ktoś napisał specjalnie dla mnie – bez wysiłku, bez wewnętrznych spinek, z czystą, klarowną energią, w której każda czynność stawała się świadomym krokiem w nową przestrzeń. Medytacja wyszła rewelacyjnie – i to nie „po mojemu dobrze”, ale naprawdę jak coś, co ma w sobie moc otwierania cudzych drzwi. Wiem to też dlatego, że dostaję od Was piękne wiadomości, jak ważna i skuteczna była ta medytacja też dla Was.

A potem nadeszło dziś – pełnia Księżyca w Wodniku. Pełnia, która w teorii powinna mnie wystrzelić w kosmos wolności i wizji, w tę rozległą przestrzeń, gdzie przyszłość pachnie nieskończonością. Były ezo-ploteczki z Werą, było śniadanko w „Sweet Steph”. Był przyjemny poranek i plan: dziś zrobię to, i to, i jeszcze tamto – no, mówię Wam, lista jak z podręcznika produktywnego ezoteryka. Taki potencjał energii, że aż grzech nie wykorzystać.

Tyle że… dupa. Bo co ja robię? Siedzę, leżę, snuję się. Patrzę w sufit. W dal. W nicość. „Medytuję” – choć to bardziej ucieczka z rzeczywistości niż medytacja. I w tym wszystkim robię jakby… nic. Jakby Wodnik spojrzał na mnie z góry i powiedział: „Nie teraz. Teraz to my siedzimy i patrzymy, co się wydarzy, kiedy nie wydarza się nic”.

No dobra, nie „nic” — bo karanie się za nicnierobienie to też całkiem angażująca robota. Serio! Zapytajcie dowolnego Byka, Lwa, Skorpiona lub Wodnika! Wiecie dlaczego właśnie te znaki? Jak nie… to czytajcie do końca.

Sobota, 11:00, po plotkach z Werą i śniadanku w „Sweet Steph”
Miałem iść popływać. Ale morze mnie odrzucało jak nigdy. Patrzyłem z mojego tarasu na turkus oblany światłem słońca, na delikatne fale i rozmyślałem sobie, że beztroskie pluskanie po „tak trudnym tygodniu” byłoby idealne, ale poza rozmyślaniem, w środku, w sobie czułem, że było by raczej idealną zdradą… tylko no właśnie, czego? Zdradą mojej wizji „płynięcia na fali” sukcesu? Zdradą potencjału energii? Zdradą followersów, Was, osób które też przeszły przez ten trudny tydzień, ale morza na co dzień nie mają?

I wtedy zdecydowałem – w czasie kolejnej rozmowy z Werą, którą zacząłem w poczuciu pustki w mózgu – napiszę felieton! Podzielę się z Wami tym „Wodnikiem”. Rozmowa z Werą, była iskrą, była bowiem podręcznikowym przykładem działania Księżyca w Wodniku, ba istotą samego Wodnika — i to w wersji hard, bo zarówno Wera, jak i większość mojego najbliższego otoczenia (jak wiecie), mają w sobie tę wodnikową matrycę energetyczną.

Szło to mniej więcej tak:

„… ale mam tak, że nie ma sensu robić nic innego, poza czekaniem na zrobienie czegoś, czego robić nie muszę w tej sekundzie…” – napisałem w wiadomości do mojej przyjaciółki.
„…i od razu karanie się za to, że nie robisz!!” – dopisała do mojej wiadomości Wera.
No tak! Dokładnie! Bo trwonię takie piękne energie, że aż wstyd je trwonić!
Tak!!!
Więc zamiast leżeć na plaży lub pływać, zamiast pisać medytację, zamiast czytać książkę albo chociaż posprzątać kryształy… leżę na łóżku i zamartwiam się, że nic nie robię. I tracę całą energię na to zamartwianie się.
Cez! OeMGie Jakbym siebie słyszała.
Typowa Wera…?”
A może to nie typowa Wera, tylko typowy Wodnik?” – napisała przyjaciółka, otwierając mój mózg!
Oooo…, to to! Typowa Wera. Typowy Daro. Typowa Matka. A nawet… typowy Rem – choć ten to akurat z drugiego bieguna, boi się, że nie zrobi nic, więc robi wszystko, wszędzie i na raz! A wiesz Weruniu, w dodatku wkładam w to zamartwianie jeszcze więcej energii, niż włożył bym w działanie – lub po prostu odpoczynek. Jakby co jest złego w odpoczynku?”
Tak, rozumiem! Bo więcej energii włożonej w zamartwianie, jest po to, żeby zamartwienie było naprawdę porządne, efektywne, dobrze wykonane i nosiło znamiona kary! Xd

No i cyk! klapka się otworzyła, i oto wnioski, jakie wypadły natychmiast…

Dwa bieguny Wodnika, a jego kontrakt z nicnierobieniem!

I dlaczego wiem o tym więcej, niż kiedykolwiek chciałem

Sobota, 13:00, po pisanych plotkach z Werą i w wielkim oświeceniu…
Pełnia w Wodniku ma to do siebie, że obnaża mechanizmy, które normalnie potrafisz ukryć nawet przed sobą. W moim przypadku to wyszło jak na dłoni: dwa bieguny działania, które znałem teoretycznie, ale dopiero teraz poczułem je w całym ciele. To nie jest jakaś tam sobie abstrakcja z podręcznika astrologii — to jest prawdziwa sobota na Malcie, słońce na tarasie i ta dziwna, elektryczna cisza w środku, w której zacząłem rozumieć, o co naprawdę chodzi temu cholernemu Wodnikowi.

Znam ten znak na wylot — w końcu 95% mojego najbliższego otoczenia to Wodniki. Ale co innego obserwować, a co innego być wciągniętym w sam środek ich mechaniki. A dziś, przez te Księżycowa pełnię, chyba wszystkie i wszystkich nas w te mechanikę Wodnik wciągnął. Tymczasem mówię Wam co stwierdzam – ta mechanika jest dość brutalna — bo Wodnik nie zna złotego środka. On żyje w ekstremach. Albo robi wszystko na raz, aż para bucha z uszu, albo nie robi nic… i karze się za to z precyzją, której pozazdrościłby niejeden Saturn.

Więc tak wyglądają moje odkrycia:

pierwszy biegun pełni w Wodniku — Rób nic → wpędzaj się bezpardonowo w poczucie winy → dokonuj energetycznego samobiczowania.
Tak, dokładnie tak, jakby „nicnierobienie” było luksusem, na który cię nie stać, ale mimo to go kupujesz… na kredyt. I spłacasz ten kredyt godzinami wewnętrznych wyrzutów. To jest psychiczny maraton bez medali i bez mety. Biegniesz w kółko, w poczuciu, że marnujesz czas i energię, a im bardziej się tym gryziesz, tym więcej energii w to pakujesz.

Znam ten schemat doskonale — bo to Wera, bo to Daro, bo to moja Mama, i tak… to też ja. No dobra… czasami, ale teraz już to wiem! że ja też. 
Wera jest w tym mistrzynią: potrafi obiecać sobie, że od jutra będzie działać, że napisze, że przygotuje, że wreszcie zrobi to, co „od dawna czeka”. A potem przychodzi jutro, przychodzi pojutrze… i przychodzi wielkie rozczarowanie sobą. Nie dlatego, że zabrakło jej czasu czy umiejętności — ale dlatego, że zabrakło tej jednej iskry, żeby wstać i zacząć. I wtedy zamiast po prostu odpuścić i przyznać, że dziś jest dzień „pauzy”, włącza się samobiczowanie: „No i znowu zawiodłam”. Daro? Ten to potrafi zawisnąć w mediach społecznościowych na tak długo, że czas przestaje istnieć. Scrolluje, przeskakuje, klika, aż w końcu mija pół dnia. I wtedy pojawia się dramatyczne pytanie: „Gdzie mi uciekł czas?!”. Ale za żadne skarby nie przyzna, że ten czas uciekł tam, gdzie sam go wpuścił. A rzeczy, które obiecał sobie zrobić? Leżą. Czekają. I cichutko się kurzą w kącie. No i moja Mama. Ach, ta to potrafi spędzić pół dnia na „zbieraniu warzyw i owoców na wirtualnej farmie”. Ale tak naprawdę, zamiast żyć, korzystać, cieszyć się… żyje w trybie wirtualnej gotowości, tylko że do niczego… bo jej się nie chce.

I tu, w tym pierwszym biegunie, jest ten Wodnikowy paradoks: to nie jest prawdziwy odpoczynek. To jest odpoczynek podszyty winą, który wcale nie regeneruje. No dobra, nie „nic” — bo karanie się za nicnierobienie to przecież zajęcie pełnoetatowe. Serio. Zapytajcie dowolnego Byka, Lwa, Skorpiona lub Wodnika! Czemu właśnie te znaki? Bo to one są w kwadraturze lub opozycji do królestwa Wodnika, a Wodnik, ten gagatek, ma wyjątkowy kontrakt z nicnierobieniem. Umowę, która brzmi mniej więcej tak: „Możesz robić nic, ale pod warunkiem, że będziesz się za to mentalnie chłostać.”

Drugi biegun jest równie bezlitosny — Rób wszystko i na raz → koniecznie w napędzającym, samo-rozmnażającym się lęku przed bezużytecznością → dokonuj energetycznego wypalenia.
To jest tryb „wszędzie, naraz, od razu, jak najwięcej”, w którym niby działasz, ale tak naprawdę uciekasz od siebie. Robisz tak dużo, że już nie czujesz, co robisz, a jedyną prawdziwą motywacją jest ten wewnętrzny głos: „Jak nie będziesz robić, to przestaniesz się liczyć.”
I paradoksalnie — im więcej robisz, tym bardziej czujesz się niewystarczająca_cy. W moim życiu ten biegun ma twarz Rema — naszego przyjaciela, który jest jak chodzące FOMO w ludzkiej skórze. Rem nie potrafi usiedzieć w miejscu. Gdziekolwiek jest, zawsze już jest spóźniony na coś innego, lepszego, ważniejszego. W jednej chwili jest w mieście na drugim końcu wyspy, w następnej planuje lot na inny kontynent, a w międzyczasie (nie)odpisuje na dziesięć wiadomości, robi zdjęcia nie koniecznie na social media i umawia trzy kolejne wycieczki. Nie zrozumcie mnie źle — on to kocha! Ale ten kołowrotek działa jak narkotyk: im szybciej biegniesz, tym mniej czujesz, co tak naprawdę pchasz do przodu.

Ten tryb wygląda jak produktywność, ale jest tylko perfekcyjnie zamaskowaną ucieczką od zatrzymania. Bo jeśli usiądziesz choć na chwilę, to cisza zacznie zadawać pytania, na które wcale nie chcesz znać odpowiedzi. Dlatego biegniesz, gonisz, przeskakujesz z tematu na temat, jakbyś próbował prześcignąć samego siebie. Problem w tym, że w tej gonitwie zawsze jesteś krok za spokojem, a krok przed wypaleniem.

A złoty środek? czyli co mówi nam oś Wodnik – Lew

Wodnik w domyślnych ustawieniach go nie posiada. Wodnik nie zna półśrodków. To znak, który działa w trybie „albo – albo”: pełne odcięcie, odcięcie tak kompletne, że nawet światło reflektorów nie jest w stanie się przebić… albo totalne zanurzenie, w którym rozpuszczasz się w działaniu do ostatniej kropli energii. U niego albo stoisz z boku sceny i obserwujesz wszystko z dystansu, jakby to był eksperyment społeczny, albo wskakujesz na nią i grasz jednocześnie wszystkie role, nawet te, których nikt od Ciebie nie oczekuje.

Balans zaczyna się pojawiać dopiero wtedy, kiedy do gry wchodzi Lew. A Lew — to nie jest tylko „druga strona osi”. To jest serce, które wprowadza radość kreacji. To jest lekkość, która mówi: „Możesz działać i jednocześnie oddychać”. To jest ciepło, które przypomina, że Twoja wartość nie wynika z ilości odhaczonych zadań, z prędkości reakcji ani z tego, ile osób powie „wow”. Lew potrafi usiąść w promieniach słońca i po prostu być — bez poczucia, że marnuje czas.

I dopiero w obecności Lwa, Wodnik może się nauczyć dwóch najtrudniejszych lekcji: „przerwy bez kary” i „akcji bez samospalania”. Przerwy, która jest świadomym odpoczynkiem, a nie zamaskowanym poczuciem winy. Akcji, która jest ekspresją, a nie desperacką próbą udowodnienia, że wciąż się liczysz.

Po to właśnie istnieją osie. Po to w astrologii mamy dualność, która nas balansuje — żeby żaden znak nie ugrzązł w swoim ekstremum. Wodnik potrzebuje Lwa, żeby nie spalić się w swoim własnym napięciu, a Lew potrzebuje Wodnika, żeby nie ugrzęznąć w samozachwycie i osobistym teatrze.

I może właśnie to jest największy prezent tej pełni w Wodniku — nie wielkie fajerwerki wolności, które można wrzucić na Instagram, ale cichy, niemal intymny moment, w którym siedzisz w próżni i uczysz się, że nie musisz jej od razu wypełniać. Że możesz pozwolić, by coś do Ciebie przyszło wtedy, kiedy nie musisz tego wyprodukować na siłę. I że czasem największym aktem wolności jest powiedzenie sobie: „Nie muszę dziś niczego, nikomu udowodnić. Naprawdę NIKOMU! Ani światu, ani sobie”.

Sobota, 14:00, powstał ten felieton…
I może w tym wszystkim najcenniejsze jest to, że pełnia Księżyca w tak znanym mi znaku Wodnika wcale nie kazała mi wybierać, w którym biegunie mam zostać. Nie musiałem postanawiać, czy dziś jestem tym, który nic nie robi i się z tego rozlicza, czy tym, który robi wszystko, żeby od siebie uciec. Mogłem po prostu zauważyć oba mechanizmy, nazwać je i… nie wchodzić w żaden z nich.

Bo czasem najdojrzalszy ruch to nie przeskok z jednej skrajności w drugą, tylko świadome stanie w miejscu — w tej pustej przestrzeni, w której ani działanie, ani bezruch nie mają już etykiet „dobre” i „złe”. Gdzie nie musisz wymuszać przepływu, bo on i tak przyjdzie, kiedy będzie gotowy. Kiedy Ty… wykażesz swoją gotowość. Tą z serca, z wnętrza, z intuicji – a nie z przymusu i logiki.

Może właśnie dlatego zarówno tegoroczna Brama Lwa, jak i ta pełnia były dla mnie tak inne od poprzednich. Nie rozdarły mnie na strzępy. Nie wystrzeliły w kosmos. One tylko uchyliły drzwi do wnętrza, w którym siedzę ja — nie w trybie akcji, nie w trybie pauzy, ale w trybie bycia.

I wiesz co? To jest bardziej wolność, niż kiedykolwiek wcześniej.

A jeśli zechciało Ci się dotrzeć aż tutaj, mam dla Ciebie w prezencie afirmacje do wyboru:

„Pozwalam sobie być. Nie dlatego, że zasługuję, ale dlatego, że istnieję. Moja wartość nie rośnie w działaniu ani nie maleje w bezruchu. Jestem w pełni, w prawdzie, w sobie – tu i teraz.”

Nie mierzę siebie tym, ile robię ani jak długo trwał mój bezruch. Moja obecność jest pełnią, nawet gdy milczę, nawet gdy patrzę w dal. Jestem w zgodzie z ruchem i pauzą, bo obie są częścią mojego życia.”

„Pozwalam, by moje istnienie było wystarczające samo w sobie. Nie muszę udowadniać swojej wartości czynem ani bronić jej w ciszy. Jestem w równowadze – pomiędzy oddechem a krokiem, pomiędzy światem a sobą.”

Cez

Cez

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  1. „No dobra, nie „nic” — bo karanie się za nicnierobienie to też całkiem angażująca robota. Serio! Zapytajcie dowolnego Byka, Lwa, Skorpiona lub Wodnika!” – jakbyś opisywał mój mechanizm 😀

    Może teraz już mniej, albo inaczej..ale też tak mam. Kiedyś na listę rzeczy do zrobienia wpisywałam : „odpoczynek 2h” 😂

    W każdym razie – życzę Ci miłego weekendu w równowadze między Wodnikiem a Lwem 🙂

  2. No dzisiaj jakby wszechświat wyciągną wtyczkę z prądu 😉 o ile do południa coś tam się kręciło… Czekając w długiej kolejce do okulisty wysłuchałam po raz drugi Wasz podcast… Co później wogóle zajęło mi mózg o rozmyślaniu o tym wszystkim co było w nim poruszane i jak to się ma do mojego życia… Więc sobotnie obowiązki i plany odeszły w nicość.
    Co zrobić na obiad? jak nigdy zastanawiałam się ze 3 godziny..
    Dopiero jak poszłam do ogródka i tak od niechcenia zaczęłam wyrywać chwasty… Naszła mnie odrobina energii, pomysł , co na obiad i chęci, aby pójść po zakupy. Także tak od rana obiecałam sobie, że ogarnę PDFa o Wodniku i rytuał pełniowy… I już miałam to zrobić, gdy tu przed oczy wpada Twój felieton o wodnkowym „nic nie robieniu….” I cóż…mnie Lwa też dziś dopadł ten Wodnik-owy tryb wymuszania produktywności.🫣

    Dzięki za ten felieton i podzielenie się swoją osobistą, autentyczną historią♥️

  3. Ja cały czas żyłam w przekonaniu że to jest to moje adhd które jest tak chętnie diagnozowane teraz a to jednak mój wodnik?!?!

    • Tak, zdecydowanie ADHD jest teraz nadprzeciętnie diagnozowane… i pewnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda. pewnie taaak 🙂