Sens celebrowania święta religijnego lub jego brak

Czy to nie jest dziwne, a może wręcz niesmaczne, kiedy bank santander przysyła mi sms o tym, że powinnam przygotować się na święta z kredytem od nich? Po niewzięciu przeze mnie owego kredytu, zaczęli do mnie wydzwaniać co drugi dzień z dopytywaniem, czy na pewno nie mam żadnych zakupowych potrzeb świątecznych. To jest straszne, że z powodu święta religijnego, nie tylko sklepy detaliczne i rękodzielniczki z instagrama, ale też wielkie instytucje bankowe chcą ci sprzedać swój produkt, oni po prostu wykorzystują i jednocześnie napędzają wytworzoną powszechnie falę konsumpcjonizmu i zakupowej padaki. Jednocześnie ją tworzą i monetyzują.

Miejsce religii jest w kościele oraz w sercu wyznawcy.

A nie na moim instagramowym feedzie, w słuchawce telefonu, w przestrzeni publicznej i na ulotce bankowej. Kiedy z moim przyjacielem udałam się w grudniową podróż lotniczą, wchodząc na lotnisko był zniesmaczony tym, że na hali odlotów nie ma choinki. Zaczął szukać ozdób świątecznych, a ja nawet byłam pozytywnie zaskoczona dystansem lotniska do religii. Wydał mi się godny pochwały. Ale musiałam odwołać ewentualna pochwałę, ponieważ przyjaciel odnalazł jednak szopkę z jezuskiem i józefem na samym końcu hali, pod ścianą. Co teraz o tym myśleć? Czy być osobą rozczarowaną? Jestem rozczarowana, bo już miałam nadzieję na kroplę normalności. 

Nienormalne jest także to, że po 20.12 niemal każda rozmowa kończy się frazą “wesołych świąt”. Dlaczego osoby z góry zakładają, że jestem chrześcijanką? Czy tylko dlatego, że żyję pośród milionów hipokrytów? Hipokrytów, którzy nie noszą boga w sercu, a jednak kupują bombkę z gwiazdą betlejemską oraz zamordowanego karpia? Nie jestem jedną z nich i czuję chyba autentyczną urazę, kiedy ktoś bierze mnie członkinię tego klubu. 

Tutaj nadmienię, że mam specjalną bańkę akceptacji, dla ludzi, którzy są autentycznymi chrześcijanami, w tym katolikami i jako prawilni kato chodzą do kościoła co niedzielę, szanują księdza jako swojego przewodnika duchowego i kapłana, nie są heretykami, to znaczy przyjmują każdą doktrynę kościoła jako prawdę i stosują się do kościelnych praw i obowiązków. Oczywiście dla tych osób obchodzenie katolickiego święta ma sens, choć nie ma sensu obchodzenie go w centrum handlowym stary browar w poznaniu, gdzie rozwieszono 17 tysięcy papierowych śnieżynek i gwiazdek. Miejsce religijnego kultu jest w kościele i sercu, a nie w smsie od banku i komercyjnym sklepie. 

Zastanawiam się teraz, która grupa jest bardziej liczebna. Jeśli 98 procent polek i polaków to katoliczki i katolicy, dwa procent to osoby ateistyczne i innych wyznań. Jestem więc w tych dwóch procentach, bo określam się jako ateistka. Ale ile procent z tych 98 katoprocentów jest prawdziwymi katolikami, którzy nie są heretykami? Czy sądzicie, że nazbierałoby się chociaż dwa procent? Przecież każda jedna wizyta w kościele, każde wysłuchanie niedzielnego kazania musiałoby być przyjmowane dosłownie bezkrytycznie, by móc dalej iść swoją nieheretycką drogą, nie wiem dla ilu osób jest możliwe. 

Nie wiem również, czy nieprawilni katolicy nie unikają kościoła właśnie dlatego, że nie są w stanie skonfrontować kościelnych doktryn ze swoim umysłem i intuicją? Być może każda wizyta odzierałaby ich z poczucia sensu bycia w tej wspólnocie? Być może nie mają odwagi spojrzeć prawdzie w oczy i odmienić swojej tożsamości?

Dla mnie pierwszym krokiem do uwolnienia się z religijnych więzów było właśnie stwierdzenie, że jestem heretyczką, to znaczy że podważam nie jedną, a kilka z kościelnych doktryn (teraz jest już ich pewnie z kilkaset, ale przestałam się tym interesować). Kolejnym krokiem było uświadomienie sobie, że skoro jestem heretyczką, to kościół dosłownie mnie odrzuca i posyła do piekła. A nie byłam już  w stanie zawrócić ze swojej krytycznej drogi, by ewentualnie ubiegać się o niebo i pochwałę księdza prowadzącego religię w moim gimnazjum, musiałam identyfikować się jako heretyczka, więc musiałam przyjąć do wiadomości, że kościół nie jest dla mnie. 

Och, ale ja wierzę w boga, a nie kościół

Więc nie należysz do kościoła, po co ci jego szkodliwe rytuały? Dlaczego nie przestaniesz się identyfikować jako chrześcijanka? Po co ci ta latka? Po co ci pierwsza komunia dziecka, skoro dosłownie wiesz, że kościół odrzuca ciebie, a ty odrzucasz kościół? Dlaczego chcesz przekazywać tę patologię kolejnemu pokoleniu, zamiast uwolnić swoje dzieci od kłamstw i hipokryzji? 

Święto rodzinne 

Święta bożego narodzenia to święta religijne. Kiedy ludzie zaczęli mówić o rodzinie? Kiedy uznali je za święta rodzinne? Dlaczego nie obchodzą swojego święta rodzinnego w dzień ważny dla rodziny, tylko w dzień ważny dla kościoła? Dlaczego podczepiają wartości rodzinne pod wartości religijne, choć wiedzą jak powinna wyglądać rodzina wg kościoła? I pytanie które mnie najbardziej nurtuje ze wszystkich pytań moralnych: jak można być jednocześnie kobietą i katoliczką? Czy kobiety nie wiedzą, że są dla chrześcijan warte tylko tyle ile warta jest ich macica i uległość wobec mężczyzny? Jeśli wiedzą jak są nieznaczące, dlaczego upierają się przy celebracji kościelnego święta? Jeśli ktoś powinien o to zabiegać, to raczej patriarchalny ojciec / dziadek całej rodziny, a nie istota uciemiężona przez tę niemoralną i nieetyczną organizację. 

Marnowanie pieniędzy i wyrzucanie jedzenia

Osoby żyjące magią świąt (rodzinnych ofc) lubią wypełniać lodówki oraz piekarniki jedzeniem, którego nikt nie zje. Lubią wypełniać cudze kosmetyczki kosmetykiem promowanym przez influenserkę oraz babcine toaletki nietrafionymi perfumami. Lubią kupować siostrzeńcom słuchawki za 200 złotych, nie wiedząc (lub co gorsze – wiedząc) , że siostrzeniec ma już słuchawki za 1200 zł, które są znacznie lepsze niż te podarowane, więc podarunek wyląduje na olx lub w szafie. 

Nieopanowanie w niepotrzebnych zakupach jest zatrważające. Niepotrzebne zakupy, niepotrzebne gotowanie 12 potraw, niepotrzebne kredyty na zaspokojenie potrzeb zakupowych. Nieumiarkowanie w wierze katolickiej to jeden z grzechów głównych, a osoby popełniają ten grzech, jednocześnie celebrując wysoce świętą chwilę w swojej religii. Okupują swoją świętość grzechem. 

Czerwona kropka w kalendarzu

– Jak spędzasz święta?

– Nie obchodzę świąt

– Przecież każdy jakoś obchodzi.

– Ja nie, nie robię nic świątecznego

– No ale przecież są zaznaczone na czerwono w kalendarzu, one po prostu są

Takie rozmowy odbyłam wiele razy w realu. To, że google calendar podjął wysiłek pokolorowania tych dwóch lub trzech dni, nie znaczy że osoby muszą kupować choinki i życzyć innym wesołych świąt. Nie znaczy to nawet, że muszą przyjmować kulturalnie życzenia od innych. Każda osoba dba o swoja własną autentyczność i duchowość. Jeśli kogoś irytują kolejne, dwudzieste nietrafione życzenia danego dnia, to najlepiej by tę irytację wyraził, zamiast dusić ją w sobie i spychać do nieświadomości. Zachęcam do aktywnego wyrażania emocji.

Kwadratura neptuna z wenus wręcz zażądała tego od nas. Kto wypełnił ten obowiązek, a kto siedzi teraz przy stole i wymienia się uprzejmościami z debilnym szwagrem? Kto wręcza prezent teściowej, która jeszcze wczoraj nazwała osobę obdarowującą żmiją i nieudolną kurą domową? Jest to patologia, z której możesz wyjść. Nawet jeśli twoja rodzina jest cudowna i miłosna, nie musisz zabijać dla niej swojej intuicji i zapychać trzeciego oka. Nie musisz kłamać i udawać nagle wielkiej katoliczki. Nie musisz brać kredytu na pięć k zł, by zastawić wigilijny stół i wręczyć swoim synom prezenty niegorsze niż brat wręczył swoim córkom. Nie musisz poświęcać nawet ułamka wypłaty na prezenty z tak abstrakcyjnej okazji jak rocznica narodzin palestyńskiego przywódcy politycznego. To serio nie są obowiązki, tylko wybór. 

Wybór, który każda dorosła kobieta i dorosły mężczyzna podejmuje co roku. Twój wybór w roku 2026 nie musi być taki jak w roku 2025. Możesz być co roku inna /i nny. Możesz być co roku bliżej samej / samego siebie.

Wera

Wera

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  1. Szanowna Wero – Wow. Mocne. Prawdziwe i bardzo mocno się z tym zgadzam. Na początku miałam napisać że we mnie nie wzbudza ten czas takich aż emocji. Jednak jak zaczęłam o tym myśleć to wzbudza – tylko trochę inne. Mi przeszkadza w tym czasie, podejście ludzi którzy traktują mnie z litością że nie obchodzę świąt. Jakby to nie był mój wybór lub jakbym sama nie wiedziała czego chce. I to mnie wkurza. I druga strona medalu litości: zaproszenia do wspólnego „udawania” – przyjedź do nas poudawajmy razem 😅.

    A tak to wybór nie obchodzenia świąt przyniósł mi na pewno to że pozbyłam się rozdarcia, niespójności przez którą uciekała moja energia. I teraz ten czas grudnia jest od trzech lat taki jak być powinien – jest czasem regeneracji i odpoczynku. Wreszcie. I spokoju :).

    • Omg, mnie też zapraszają osoby, których prawie nie znam i robią to dosłownie ze łzami w oczach (są to łzy właśnie litościwe). Dobrze że wspomniałaś o tym aspekcie bo o nim zapomniałam